Podczas przeglądania szpargałów u babci w ostatni weekend września celem zdecydowania, co mi się nie przyda na studiach, a co nie przyda się jeszcze bardziej, natknęłam się na zeszyt. Dość stary, bo pamiętający czasy mojej podstawówki. I to takiej wczesnej, kiedy już przestawałam wierzyć w Mikołaja, ale wciąż jeszcze pisałam do niego listy. Zeszyt był raczej zwykły - z pastelową zebrą trzymającą jakiegoś badyla w pysku i kilkoma luźnymi kartkami. Tym, co zasługiwało na uwagę, była zawartość, a konkretniej pierwsza napisana przeze mnie książka.
Książka, czaicie? Napisana od A do Z w 96-kartkowym zeszycie. Jakby to teraz wrzucić w Word, to wyszłoby pewnie z 30 stron tekstu o składni godnej dziesięciolatki (oh wait, przecież miałam wtedy dziesięć lat), ale to była książka z rozdziałami, z całkiem logiczną fabułą, ze zwrotami akcji i bitwami miedzy dobrem a złem. Moja mama, która raczej nie chwali za nazwisko, czytała to i nie mogła wyjść z podziwu, skąd takie słownictwo u tak młodego autora.
Szkoda tylko, że na tym moja kariera się skończyła i w ciągu kilku lat stałam się szarym plackiem bez ambicji. I z samooceną leżącą niżej niż Rów Mariański.
Oglądamy z Piotrkiem Mam Talent. Wychodzi kilkuletni chłopiec, który umie nazwać chyba każdy możliwy gatunek kurczaka. Oczywiście kilku ptasich kumpli ma ze sobą. Lata po scenie i opowiada z pasją o swoim drobiu, podnosi z podłogi wielkiego czarnego koguta i daje jurorom do pogłaskania. Jury jest pod wrażeniem - chłopak słyszy trzy razy tak i opuszcza scenę, biegnąc do czekających za kulisami rodziców. Na widowni wciąż jeszcze panuje dzika radość i latają pióra.
Przełączamy na The Voice of Poland. Akurat na scenę wychodzi jakaś laska, lat 19. Rozgniata scenę głosem, trenerzy pieją z zachwytu, ona wybiera Andrzeja i wychodzi. Po niej wchodzi gość, również lat 19. W porównaniu do koleżanki wypada gorzej, żaden z czterech foteli się nie obraca, ale na pewno po emisji programu kilka panienek i tak napisze do niego na fejsie - jak dowiadujemy się z materiału, od małego gra na gitarze, pracuje nad swoją debiutancką płytą, zbiera lajki na jutubie. Z twarzy też nie przypomina przemielonego wyrobu mięsnego.
Piotrek patrzy na mnie przez chwilę i mówi:
- Wiesz, co mnie dobija?
- Nie.
- Oni wszyscy są młodsi od nas.
Minus trzydzieści do samozadowolenia. Ja nie umiem ani śpiewać, ani odróżniać kurczaków. Czyli co, ja już straciłam swoją szansę?
Minus trzydzieści do samozadowolenia. Ja nie umiem ani śpiewać, ani odróżniać kurczaków. Czyli co, ja już straciłam swoją szansę?
Lepsi
Późnym wieczorem odrywam się od atlasu Sobotty i odbieram telefon od przyjaciółki.
- Co ja robiłam na tej olimpiadzie? - pyta, odnosząc się finału tegorocznej edycji. - Rozmawiała z nami jakaś babka, chciała wiedzieć, co robimy poza szkołą, to jej mówię, że piszę wiersze. Taka druga dziewczyna od razu wypaliła, że ona też pisze, że startowała w jakimś prestiżowym konkursie, że wygrała gdzieś tam nagrodę za krótki utwór poetycki, że wydała już tomik... Boże, Misia, jak mi się głupio zrobiło. Bo co ja powiem? Hej, moim osiągnięciem jest ukończenie LO, wincyj sukcesów nie pamiętam? A nie, zaraz, przecież ich nie było. Przecież ja się nie nadaję przy tych humanach na żadne olimpiady. To były trzy dni dysput o spektaklach widzianych w ostatnim miesiącu i o nowych artykułach jakiegoś wybitnego teatrologa. Ja ostatni raz byłam w teatrze na Dziadach. Ze szkołą, kuźwa.
- No tak, przecież wygrałaś olimpiadę przypadkiem, bo akurat twoja praca nie spadła na podłogę, tylko na biurko, jak wszystkie podrzucili - sarkam. - Ja tam ciągle jestem w szoku, że ludzie, których pamiętam z gimnazjum jako bardzo przeciętnych, podostawali się na uczelnie medyczne. A ja, ze swoimi osiągnięciami i biologią rozwalaną przez trzy lata z palcem w dupie, nie. Makes me feel stupid. Zaczynam się zastanawiać, gdzie zrobiłam błąd i jak bardzo jestem beznadziejną, leniwą bułą. Dopiero potem sobie przypominam, że ja wcale nie chciałam na medyka i papiery na antropologię z czystej miłości do kości składałam.
Słyszę śmiech w słuchawce. Jednocześnie zastanawiam się, jak dawno sama nic nie napisałam. Ciągle tylko podręczniki, zakupy, jeżdżenie pięćset razy dziennie na uczelnię, zakuwanie na średnią i stypendium naukowe, nos w atlasach anatomicznych, zmęczenie, w międzyczasie chorowanie, a w wolnych chwilach przerzucanie strony za stroną na Anonimowe.pl. Kiedyś tyle pisałam! Opowiadania, wiersze, eseje, prace olimpijskie, recenzje filmów, artykuły o truskawkach. Zresztą nie tylko pisałam - przez całe życie malowałam, rysowałam, rzeźbiłam z gliny, nawet robiłam filcowe zabawki, co jedna to bardziej koślawa od drugiej. Czytałam jak opętana. A teraz przez rok ruszyłam trzy książki, może cztery. Blog zdychał w męczarniach. I narysowałam jedną pracę, w dodatku tylko w połowie. Aż się niedobrze robi od tego zastoju. Już zapomniałam, że umiem robić różne rzeczy.
Dlaczego nie mogę być jak tamta dziewczyna od tomiku? Ona jest na pewno lepsza. Wszyscy, którzy piszą, na pewno są ode mnie lepsi.
Dlaczego nie mogę być jak tamta dziewczyna od tomiku? Ona jest na pewno lepsza. Wszyscy, którzy piszą, na pewno są ode mnie lepsi.
Odważniejsi
Przeglądając Insta, przypadkiem trafiam na reklamę książki Mietczyńskiego. Gdy klikam w link, w proponowanych pojawiają mi się kolejne, bardzo zresztą podobne publikacje. Autorzy: JDabrowski, Martin Stankiewicz, Red Lipstick Monster (to już trzecia książka!), Cyber Marian, Panna Joanna, Wojciech Drewniak. Sami youtuberzy. Robi mi się nieco dziwnie. A później patrzę na ilość ocen i recenzji, bijącą na głowę pozycje autorów, że tak to ujmę, konwencjonalnych, i robi mi się jeszcze zdziwniej i zdziwniej. Wracam myślami do swoich tekstów, grzejących dzisiejszy odpowiednik szuflady, czyli zakamarek twardego dysku mojego komputera, wracam i czuję ogromną presję, żeby coś zrobić, coś pokazać, coś udowodnić światu, ludziom, a przede wszystkim sobie. Że jestem w czymś dobra, lepsza, może najlepsza. Ale chyba brak mi odwagi, by pokazać komuś cokolwiek z tego, co stworzyłam.
Zaraz. Oni wszyscy mogą, to ja nie?
Ja nie jestem nimi
Skończyłam dwudziesty rok życia. Szkoda tylko, że moja kariera się skończyła i w ciągu kilku lat stałam się szarym plackiem bez ambicji. I z samooceną leżącą niżej niż Rów Mariański.
Chociaż, cytując klasyka, tak naprawdę to nie. Nie bierzcie tych słów na poważnie, tak jak i ja już nie biorę. To był trudny rok, może nawet trudne półtora roku, kiedy trochę mi się zapomniało, kim jestem, i kiedy zostałam zmuszona do samoprzemielenia siebie raz, drugi i trzeci, by dać sobie odpowiedź na pytanie, gdzie teraz powinnam być.
Odpowiedź jest prosta - właśnie tutaj, w tym momencie życia.
Nie w Ameryce, nie na Filipinach, nie na polonistyce w Warszawie. Nawet nie na YouTube, chociaż nie mówię, że nigdy nie spróbuję. Powinnam być tutaj, na blogu, w tym mieście, na tych studiach, w tym czasie, z taką właśnie zawartością głowy, jaką mam aktualnie. Albo lepszą, bo trzeba nad sobą pracować. Nie powinnam budować najszybszych bolidów na świecie ani pisać programów zaaprobowanych przez NASA, jak niektórzy wrocławscy studenci, ani śpiewać w talent show, ani hodować drobiu. Ja nie jestem nimi.
I dopiero teraz, kiedy przestaję się porównywać do tych, którzy na pierwszym roku już byli gotowi pisać licencjat albo wypuszczali artykuły naukowe, kiedy przestaję wykreślać w kalendarzu kolejne miesiące, w których znowu nic będącego wytworem moich rąk nie poszło w świat, kiedy porównuję styl autora każdej czytanej książki do swojego, kiedy kończę z odhaczaniem kolejnych świetnych pomysłów na biznes/na hobby/na siebie, które mieli inni, a których ja już nie mogę wykorzystać - dopiero teraz umiem wsłuchać się w siebie. Przestać tak po sobie jeździć, bo jeszcze nikt nie był wobec mnie tak krytyczny, jak ja sama w swojej głowie. Dać sobie szansę. I czas.
W końcu nikt inny mi tego czasu nie da.
- Są świetne - mówi Alicja, czytając kilka podesłanych przeze mnie wierszy. - Magiczne. Coś mi przypominają, sprawiają, że chcę się przenieść w świat, o którym piszesz. - unosi wzrok i zastrzega:
- Chcę mieć twój tomik. Podpisany!
Bardzo powoli, bo chyba sama w to nie wierzę, uchylam w końcu szufladę. Rozsyłam wiersze kilku ważnym dla mnie osobom. Odzew jest bardzo pozytywny. I choć dziwnie mi słyszeć tak budujące słowa, choć mam wrażenie, że przecież ten entuzjazm jest trochę przesadzony, naprawdę szczerze się uśmiecham.
Raz na zawsze żegnam stadium placka.
Chociaż, cytując klasyka, tak naprawdę to nie. Nie bierzcie tych słów na poważnie, tak jak i ja już nie biorę. To był trudny rok, może nawet trudne półtora roku, kiedy trochę mi się zapomniało, kim jestem, i kiedy zostałam zmuszona do samoprzemielenia siebie raz, drugi i trzeci, by dać sobie odpowiedź na pytanie, gdzie teraz powinnam być.
Odpowiedź jest prosta - właśnie tutaj, w tym momencie życia.
Nie w Ameryce, nie na Filipinach, nie na polonistyce w Warszawie. Nawet nie na YouTube, chociaż nie mówię, że nigdy nie spróbuję. Powinnam być tutaj, na blogu, w tym mieście, na tych studiach, w tym czasie, z taką właśnie zawartością głowy, jaką mam aktualnie. Albo lepszą, bo trzeba nad sobą pracować. Nie powinnam budować najszybszych bolidów na świecie ani pisać programów zaaprobowanych przez NASA, jak niektórzy wrocławscy studenci, ani śpiewać w talent show, ani hodować drobiu. Ja nie jestem nimi.
W końcu nikt inny mi tego czasu nie da.
***
- Są świetne - mówi Alicja, czytając kilka podesłanych przeze mnie wierszy. - Magiczne. Coś mi przypominają, sprawiają, że chcę się przenieść w świat, o którym piszesz. - unosi wzrok i zastrzega:
- Chcę mieć twój tomik. Podpisany!
Bardzo powoli, bo chyba sama w to nie wierzę, uchylam w końcu szufladę. Rozsyłam wiersze kilku ważnym dla mnie osobom. Odzew jest bardzo pozytywny. I choć dziwnie mi słyszeć tak budujące słowa, choć mam wrażenie, że przecież ten entuzjazm jest trochę przesadzony, naprawdę szczerze się uśmiecham.
Raz na zawsze żegnam stadium placka.

Jesteś wspaniała, świetny wpis! Bardzo budujący i imponujący!
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że czujesz się podbudowana, że aż!
Usuń