Wracamy pociągiem z Open'era. Miejsc numerowanych, pomimo najszczerszych chęci pani w okienku, nie starczyło, więc siedzę na podłodze wygięta jak paragraf, z głową pomiędzy tylnym kołem i siodełkiem czyjegoś zawieszonego na ścianie roweru.
Młody facet, który najwyraźniej ilością żelu na głowie usiłował ograniczyć przezskórne parowanie testosteronu, dobija się do pociągowej toalety.
Łup, ŁUP, ŁUP.
- Ktoś tam wchodził - odzywa się nieśmiało jakaś dziewczyna.
Łup.
- Czemu to jest zamknięte? - huczy żelik. - Halo, jest tam ktoś, kurwa?
- Tam niedawno ktoś wszedł - informuje student wciśnięty między dwie walizki i turystyczny plecak. - Możesz spróbować gdzie indziej.
ŁUP. ŁUP, ŁUP, ŁUP!
Za żelikiem zamykają się automatyczne drzwi do drugiego wagonu. Pół minuty później z toalety wychodzi zaczerwieniony mężczyzna z teczką i prędko przemyka wzdłuż rzędu siedzeń.
Lampka przy napisie WC zajęte gaśnie i zapala się zielone światełko przy WC wolne. Obie są na wysokości oczu.
Czytanie ze zrozumieniem
Przez cały czas mojego pobytu w Piekle w wersji demo (zwanego potocznie polskim systemem oświaty) pożerałam tyle książek, że aż mi brzuszek wydymało od celulozy. Nie wszyscy tak mieli. Potem pisałam różne teksty, poprawiałam teksty innych, gdyż wiedziałam, że są niepoprawne składniowo bądź interpunkcyjnie. Nie wszyscy to wiedzieli. Jeszcze później zaczęłam dorosłe życie i musiałam zmierzyć się z papierologią - dałam radę, rozumiałam, o co pytają, wypełniałam druczki. Nie wszyscy wypełniali.
Potem poszłam na antropologię i zrozumiałam, dlaczego nie wszyscy umieją w litery - ludzie nie myślą, jak piszą, a jeszcze mniej, gdy czytają. Tak, mrugają ślepiami i odczytują, co napisane; ale pomyśleć i wysnuć wnioski? Łee, panie, to już ni ma komu. Im zaś wyżej - w hierarchii społecznej, naukowej, finansowej - tym... no, może nie gorzej, ale na pewno poziom rozumienia komunikatów pozostawia wiele do życzenia. Zupełnie jakby dużej części ludzi zapomniano w czasie produkcji dorobić guzik z napisem Analiza informacji. I paru innych guzików też.
Niby wyszliśmy z epoki baroku, ale wciąż mam wrażenie, że niektórzy patrząc w muzeum na tabliczkę Zakaz fotografowania, widzą coś w stylu Niechby ci, zacny kawalerze czy też nadobna damo, do głowy nie przyszło w tymże uświetnionym przez dawne wieki i stopy przodków naszych miejscu fotografije, czy też obrazy na szklonym pergaminie naniesione poprzez przeźrocza przedziwne wielkim techniki kosztem, machiną swą u Niemca zakupioną czy też smartfonem robić, gdyż eksponatom tu zgromadzonym poprzez iluminację zbytnią ośmielasz się tym samym szkodzić i jednocześnie na karną opłatę się narażasz. [Jeśli tego nie przeczytałeś, też OK] Litery takie trudne, więc Grażyny w muzeum wyjmują cyfróweczkę i cykają, cykają znad ramienia pana Romana i spod łokcia grubej Irenki; tylko tam jest dziura w tłumie i cokolwiek widać. A w domu zasypują zdjęcia Rutinoscorbinem, bo takie niewyraźne, zresztą i tak ich nikomu nie pokażą, bo kiedyś to były albumy, a teraz to się zdjęcia na komputerze trzyma, o.
Czego chce klucz?
Jedną z ciekawszych rzeczy, jakie pośrednio wyniosłam z całej mojej edukacji, jest - będące wiecznym tematem do żartów ze strony moich znajomych - moje polonistyczne zboczenie zawodowe. Nie czuję się absolutnie specjalistą od gramatyki z monopolem na poprawność, od tego są profesorowie z UW; czasem w ogóle nie mogę się wysłowić i brzmię, jakbym mieszała koreański z suahili. Moje odchylenie zawodowe ma taką dość uciążliwą formę, wyrobioną zapewne w trakcie sprawdzania cudzych prac i tysięcznego poprawiania własnej pracy na OLiJP, gdzie superpoprawność była mile widziana. Objawia się ona tym, że dostrzegam dwu-, trój- czy w ogóle wieloznaczność zdań; szczególnie, jeśli te zdania są poleceniami na egzaminie.
W tym semestrze dwa razy w trakcie egzaminu końcowego z przedmiotu zdarzyło mi się zwrócić prowadzącym uwagę na konieczność doprecyzowania poleceń, gdyż w obecnym stanie rzeczy różne odpowiedzi są poprawne w zależności od interpretacji zdania. W obydwu przypadkach wzięto moje słowa pod uwagę i nawet nie wywalono mnie z uczelni.
Raz polecenie tak naprawdę w ogóle nie miało sensu - jasne, można było domyślić się, o co chodziło prowadzącej, ale pojawiła się podstępna odpowiedź "żadne z powyższych nie jest poprawne" i zainterweniowałam. Dobrze zrobiłam, bo z gramatycznego punktu widzenia faktycznie wszystko było totalną bzdurą, a z merytorycznego - poprawna była, powiedzmy, odpowiedź B. Żegnaj, punkcie (dla niektórych: Witaj, poprawko!). A to tylko pierwszy rok studiów, czekam, co będzie dalej.
Ja wiem, że za miesiąc czy rok ten punkt na egzaminie, a tym bardziej samo polecenie, nie będą miały żadnego znaczenia, ale jeśli na uczelni pisze się zupełnie po polskiemu, a nie po polsku, to chyba coś nie halo. Poza tym mi na miejscu wykładowcy byłoby chyba po prostu głupio, że wymagam od studentów, a nie umiem poprawnie sformułować pytania... Chyba że ślepe trzymanie się klucza pozwala ograniczyć dedukcję o sprawach ważkich do minimum i oszczędzić szare komórki na nieco bardziej wymagające badania.
Wówczas chyba nie mam pytań.
Ja wiem, że za miesiąc czy rok ten punkt na egzaminie, a tym bardziej samo polecenie, nie będą miały żadnego znaczenia, ale jeśli na uczelni pisze się zupełnie po polskiemu, a nie po polsku, to chyba coś nie halo. Poza tym mi na miejscu wykładowcy byłoby chyba po prostu głupio, że wymagam od studentów, a nie umiem poprawnie sformułować pytania... Chyba że ślepe trzymanie się klucza pozwala ograniczyć dedukcję o sprawach ważkich do minimum i oszczędzić szare komórki na nieco bardziej wymagające badania.
Wówczas chyba nie mam pytań.
(Dalej nie wiem, czy nartniki z matury 2k16 ślizgają się po wodzie, czy się po niej poruszają, ale klucz twierdzi, że jedno jest poprawne, a drugie nie. Dużo szarych komórek zaoszczędzono na tym kluczu.)
"OK, pzdr"
Czytałam ostatnio artykuł o zdruzgotanych paniach z dziekanatu Uniwersytetu Wrocławskiego, apelujących pod koniec tekstu do kandydatów na studia o niewysyłanie im zdjęć do legitymacji w postaci screenów ze Snapchata czy fotek z imprezy. Panie narzekały także bardzo na tak zwany brak pomyślunku, czyli między innymi wpisywanie "nie mam" w rubryce na drugie imię lub dzwonienie po trzy razy z zapytaniem, czy zdjęcie takie może być, kiedy wytyczne są dokładnie podane. Choć sama mam ochotę pójść do rektora i podszepnąć, że ludzie, którzy w oficjalnej legitymacji mają zamiar figurować z uszami pieseła ze snapa, chyba nie powinni móc szczycić się studiowaniem na - bądź co bądź - wyższej uczelni, muszę z przykrością przyznać, że wyższe wykształcenie wcale nie gwarantuje choćby kultury słowa.
Styl wypowiedzi to jedno, bo język ewoluuje, ale forma oficjalnej korespondencji kuleje. Bardzo kuleje, bynajmniej nie tylko ze strony studentów. Co najzabawniejsze, to właśnie studenciaki zdają się najbardziej pilnować, żeby wszystko było poprawnie napisane, z obowiązkowym z wyrazami szacunku na końcu listu.
Co na to wykładowcy? szanowna pani pisane małą literą, cały mail jednym ciągiem, niemal bez znaków przystankowych. Błędy ortograficzne (także na slajdach wykładowych). Czasami w ogóle wielkich liter nie uświadczysz. Z poważniejszych dla studenta kwestii zdarza się pisanie przez prowadzącego czterech nic nie wyjaśniających słów w odpowiedzi na rozbudowany mail lub ignorowanie kilku wiadomości z rzędu i prób kontaktu poza-internetowego, a później napisanie na rocznikowy adres z wyrzutem, że nie da się z nami dogadać. Wisienką na torcie jest kilka maili z niemal slangowymi kwiatkami pod tytułem "Dzień dobry, OK" na prośbę o przeniesienie wejściówki czy "(...) OK, widzimy się jutro, pzdr X.Y." w odpowiedzi na jakieś dotyczące zajęć pytanie grupy prowadzonej przez Xksa Ygrekowskiego.
Nie jest to nagminne, ale już po pół roku studiowania zaczynasz rozumieć, że w wielu przypadkach magister, doktor czy profesor to tylko litery przed nazwiskiem. Kultura, niestety, nie jest wpisana w dyplom.
Halo, pani doktor?
Ponarzekałam, poeklerkowałam, więc na koniec przytaczam mój ulubiony wymowny wycinek z życia dotyczący nierozumienia tekstu czytanego.
Po godzinach bywam rejestratorką. Moim zadaniem jest umówienie szeregu potrzebujących pomocy - bądź zwolnienia, bo łojezu, jak to do pracy, pani mi wystawi zwolnienie wstecz na te dwa tygodnie - pacjentów na wizytę lekarską na konkretne dni i godziny, bądź odesłanie tychże pacjentów do odpowiedniej instytucji, jeśli sprawa jest nagła lub bardzo poważna.
Na szyldzie przed tym akurat gabinetem lekarskim, a także na pochodzących z niego wizytówkach, jest napisane, że rejestracja telefoniczna możliwa jest od poniedziałku do piątku w godzinach 16-19. Czytelną czcionką na czytelnym tle. Krótko, możliwie prosto, tłumaczone jak krowie na rowie, acz absolutnie poprawnie składniowo i interpunkcyjnie. Jak trudne do zrozumienia są takie komunikaty, okazuje się dopiero wtedy, gdy punkt szesnasta przełączam telefon z trybu cichego na normalny.
Dwadzieścia nieodebranych połączeń, wszystkie od nieznanych numerów.
Do godziny dziewiętnastej rejestruję jednego pacjenta, rzadziej dwóch, zadowolona, że nie przeszkadzają mi w czytaniu, pisaniu czy sprzątaniu dwunastej rozbitej doniczki po kocie. Po dwudziestej znowu zaczynają dzwonić. I tak w koło Macieju, tydzień po tygodniu.
Najchętniej dzwonią w niedzielę.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz