piątek, 15 września 2017

Chciałeś studiować? Cierp

 Gdy szłam na studia, nie wiedziałam, że dobicie się do drzwi wykładowcy potrafi zająć dwa tygodnie. Nie wiedziałam też, że tak szybko odczuję na własnej skórze, co to znaczy być posyłanym od Annasza do Kajfasza.
- Dzień dobry, pisałam do pana profesora kilka maili w sprawie kolokwium. Znowu mnie tu odesłano.
- Tak, pamiętam. Przygotowałem sobie pani pracę, jest u mnie na biurku. Proszę za mną.
 Stukam obcasami o marmurowe schody. Jeszcze trzy piętra i będę mogła zobaczyć to cholerne niezdane kolokwium, które uwaliło 80% roku, choć - ponoć - miało być najłatwiejsze w semestrze. Niech no da mi tylko dwie minuty, znajdę ten brakujący punkt. Jeden, jedyny punkt, jak zwykle.
- Pani jest dobrą studentką - profesor bardziej stwierdza, niż pyta, w okolicach drugiej kondygnacji.
- Słucham? - wypalam, po czym zaraz się reflektuję, bo robi mi się głupio. - To znaczy tak, panie profesorze, chyba tak. Myślę, że nie ja powinnam to oceniać. Tym bardziej się zdziwiłam swoim wynikiem.
- Liczyła pani na maksa?
 Na maksa? Chłopie, dej mi jeden punkt, albo najlepiej dwa, żeby bez wątpliwości przekroczyć próg 15/30.  Od dwóch tygodni łysieję ze stresu, kto mi za przeszczep włosów odda?


 Pomyłeczka

Wykładowca otwiera kodem szklane drzwi do piekła swojej katedry i uprzejmie je przytrzymuje, podobnie jak chwilę później drzwi swojego gabinetu.
- Wie pani co - mówi, podając mi znajomy arkusz, o dziwo bez szczególnej bitwy pod Grunwaldem. - Byłem bardzo zaskoczony pani wiadomością, ale faktycznie, źle policzyłem pani punkty, z tą proliną miała pani rację, dlatego przyznałem jeszcze jeden punkt. W tym zadaniu z ...
- Panie profesorze - przerywam mu - z całym szacunkiem, ale mam 24 punkty na 30.
- 25 na 30 - prostuje. - Niestety nie mogę dać więcej.
- Bardzo się cieszę, tylko że dostałam informację, że ja tego kolokwium w ogóle nie zaliczyłam.
 Szok, niedowierzanie, konsternacja. Prawie powołują komisję. Trzy osoby latają po katedrze, logują się na serwer w Bangladeszu, odmawiają paciorek i oto znajduje się sprawca zamieszania: koleżanka z roku wyżej, poprawiająca przedmiot, o nazwisku różniącym się jedną literą od mojego. Przy jej indeksie moje punkty. No cóż, pomyłeczka! Tylko jak teraz tej biednej dziewczynie powiedzieć, że jednak uwaliła kolosa...
 Podobne pomyłeczki na uczelni niestety się zdarzają. Mnie w tym semestrze - dwa razy, a na koniec nie podniesiono mi oceny, która powinna zostać podniesiona. Interwencje mailowe nic nie dawały. Życie? No życie. W szkole też bywało, że źle policzyli punkty, ale podejście do biurka nauczyciela wszystko załatwiało. Tutaj trzeba się często mailowo umówić z wykładowcą/ćwiczeniowcem, przyjść na konsultacje, a i tak nie ma gwarancji, że ktokolwiek będzie chciał nam pracę pokazać - tak, czasami wykładowcy nie chcą pokazywać arkuszy. O poprawie właściwie można w wielu przypadkach zapomnieć. Do tego swoich punktów musisz pilnować sam, podobnie jak swoich usprawiedliwień i liczby nieobecności. W każdym razie, zawsze warto sprawdzać swoje prace, szczególnie niezaliczone, choćby trzeba było się o to ubiegać przez dwa tygodnie. 
 Wykładowcy naprawdę nie zależy na twoich punktach. To tobie ma zależeć.


Chciałeś studiować, cierp

 Jeśli myślałeś, że w liceum masz dużo nauki i przez to nie masz życia prywatnego, to lepiej przygotuj się psychicznie na rok akademicki. Owszem, zajęć masz mniej - przynajmniej ja to tak odczuwam, bo w moim liceum tygodniowo miałam 45 godzin, na uniwersytecie - 30. Ale zajęcia sobie, a nauka sobie. A najbardziej sobie to jest organizowanie studentowi czasu, bo w tę dziedzinę mój uniwerek wybitnie nie umie.
  Pierwszym szokiem było chyba zapisywanie się na przedmioty ogólnouczelniane - niby żetony pojawiają się u wszystkich jednocześnie, ale oczywiście jest to zbyt piękna idea, żeby była prawdziwa. Zapisy są w sobotę o 9:00? Świetnie, wszyscy czają się nad laptopem od 8:30, bo przecież liczba miejsc jest ograniczona i jak się nie pospieszysz, to wylądujesz na fakultecie, który można tylko o kant dupy roztłuc. O 9:00 żetonów nie ma. W południe - nie ma. Wieczorem - nie ma. Patrzysz, że miejsc zaczyna brakować, bo inne wydziały podostawały żetony. Następnego dnia - nie ma. Jeden przedmiot, który cię interesował, już odpadł. Klniesz pod nosem i gwałcisz przycisk "odśwież stronę". Kolejny dzień - jest, są żetony! Wpisujesz się na cokolwiek, byle nie iść na zespół pieśni i tańca. Chciałeś studiować, cierp.
 Równe szanse dla wszystkich! Cieszysz się, że jesteś zapisany na coś, co interesuje cię choć trochę i jednocześnie pasuje do planu - bo przecież tutaj układa się zajęcia pod plan, nie pod zainteresowania. Jesteś dobry w kosza? Ch.. nie kosz, masz w tym czasie ćwiczenia. Nie, nie możesz przyjść w innych godzinach. Zostaje brydż i kręcenie hulahopem, wybieraj. Chciałeś studiować, cierp.
 Masz idiotyczny plan? Zaczynasz o 9:30 w piątek, masz tylko trzy ćwiczenia, ale kończysz o 18:00 i nie ruszysz się już do domu?  Masz trzygodzinne okienko, które spędzisz na zadupiu, bo nie opłaca ci się wracać? Cóż, chciałeś studiować, to cierp.
 Wkurza mnie - nie, właściwie to wkurwia - przeświadczenie, że student ma być dyspozycyjny całą dobę. Chcesz jechać do domu na święta i nawet są godziny rektorskie? Świetnie, wszystkie sale będą wolne, o 19:00 zrobimy kolokwium. Jest zima? Przenieśmy wykład z rana na 17:30 na nieoświetlone zadupie, będzie spoko. Masz coś do zrobienia? Szkoda, że musisz czekać na zapisy punkt o 12:00. Do tego dochodzi - nie jakieś znowu nagminne, ale jednak - dowiadywanie się o testach z dnia na dzień, przychodzenie na 8:00 na zajęcia, których nie ma i czekanie na wykładowcę trzy kwadranse akademickie zamiast jednego (bo już jedzie!), a na końcu informacja, że on jednak zajęć nie robi i możemy sobie iść na kawę (true story, tak było). Przecież chciałeś studiować, to...

 Łaska uświetniająca

 Nie rozumiem, skąd u władz i pracowników uczelni - a także, o zgrozo, u starszych studentów - podejście, że studia = nieuchronne cierpienie i martyrologia. I mówię od razu, żeby nie było - uwielbiam swój kierunek, uwielbiam to, czego się uczymy, uwielbiam swoją grupę i klimat katedry. Lubię też znakomitą większość prowadzących, bo trafiają nam się naprawdę świetni ludzie. Nie chcę, żebyście myśleli, że jestem do mojej uczelni uprzedzona jak Paździoch do Boczka.
 Absolutnie zgadzam się z tym, że wykładowcy nie muszą się dostosowywać do jednej osoby, która nie może dojechać, ani nie muszą patrzeć, że ktoś poprawia maturę - to są prywatne sprawy studentów. Nie muszą przesuwać zaliczenia, bo inny wykładowca zrobił w tym samym terminie. Ja to rozumiem. Ale szlag mnie jasny trafia, gdy słyszę, że skoro ktoś ma trudności w pogodzeniu pracy ze studiami, to niech wybierze, co jest dla niego ważniejsze, albo niech idzie na zaoczne. Mojego kierunku nie da się studiować zaocznie - co w takiej sytuacji? I dlaczego studiując na innych uczelniach ludzie dają radę tak sobie ułożyć plan, żeby znaleźć w tygodniu czas na normalną pracę? Dlaczego mam plan tak ustalony, żeby mieć minimum zajęć, ale (dzięki przerwom i okienkom) maksimum zajętego czasu? Dlaczego w Stanach czy UK czas na pracę się wręcz studentom zostawia - czy dla nich studia nie są w takim razie ważne, bo pracują? No i czy naprawdę muszę czekać na notorycznie spóźniającego się prowadzącego, żeby dowiedzieć się, że nie mam zajęć, bo nie łaska kartki na drzwiach wywiesić?
 Łaska za to, jak średnio dwa razy w miesiącu odnosimy wrażenie, spadła na nas, że uczelnia zgodziła się uświetnić naszą egzystencję swoją obecnością w naszym życiu. Możemy pobierać nauki i cicho siedzieć, bo studenci i ryby głosu nie mają. Nie podoba się? To wypierdzielać, łaski bez. Przecież bez naszego hajsu za warunki, bez hajsu per capita za liczbę przyjętych, bez naszej obecności na zajęciach - i na uczelni w ogóle - uniwersytet tak czy siak sobie świetnie poradzi. Istnienie placówki szkolnictwa wyższego bez studentów też przecież ma sens, prawda?


Rocznik smutnych pątników 

 Historie, że ten czy tamten prowadzący się spóźnia, a inny rzuca testy w górę i zalicza ludziom, których prace spadną na biurko, będą krążyły nadal, tak jak krążą teraz, kolejne zaś roczniki będą się burzyć i szeptać we własnym gronie, bo nic się przecież zrobić nie da. Co i komu powiemy, skoro już tyle ludzi przeszło to samo i jakoś przeżyło? My więc, studenci, po każdym oburzeniu i zrywie do walki o nasze - domniemane czy nie - prawa pokorniejemy, zupełnie jak średniowieczni pokutnicy. Najpierw marudzimy, a potem zamykamy się, idziemy i robimy, jak wymyślił profesor. I powtarzamy innym, bardziej zapalonym od nas, że studia to cierpienie, które dostaliśmy na własne życzenie. Pokuta za to, że chcieliśmy ze swoich możliwości naprawdę skorzystać. Nikt nam przecież, robakom marnym, nie kazał studiować.
 Szkoda tylko, że ostatecznie w większości wylądujemy w innym zawodzie, niż zakładaliśmy. Nie będzie nieba i nie będzie wymarzonej pracy.
 Tego dostąpią tylko wybrani.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz