środa, 26 października 2016

My z półjawy

 Tramwaj jest pełen ludzi, w końcu mamy dziś poniedziałek i wszyscy jadą gdzieś na ósmą. Ja, jak pewnie połowa składu, jadę na uczelnię, modląc się już w tym momencie, żeby przynajmniej na pierwszym wykładzie na sali nie zgasili światła i żeby typ wiszący nade mną użył dezodorantu, mydła albo chociaż płynu do naczyń. Dwie trzecie pozostałej części właśnie zmierza do swojego gułagu pracy, tępo patrząc przez brudną szybę tramwaju. Jest już tak porysowana, że w kreskach mogą zobaczyć wczorajszy niedopisany raport i czekającą stertę papierów na przedwczoraj. Jedna siódma populacji tramwaju jedzie na sprawdzian z przyry. Przy poręczach kiwa się miarowo metal z długimi włosami, łańcuchem na oku i na tyłku, uratowany przed codziennym tramwajowym zdeptaniem dzięki glanom po kolana. Pewnie jedzie na czarną mszę.
 Współczuję mu, bo też musi na ósmą.

 Dryfujący


Nie do końca wiem, z czym mam do czynienia: czy to brutalne zderzenie z poniedziałkową rzeczywistością i przykre stwierdzenie, że weekend jednak nie trwa trzech dni i trzeba zwlec zwłoki z łóżka wcześniej, niż by się chciało, czy depresyjny wpływ pogody, która stanowi najlepszy argument, żeby nazwę obecnego miesiąca przemianować na piździernik. Większość podróżujących przysypia, a w najlepszym wypadku dzielnie walczy ze snem. Jasne, są też ci bardziej ożywieni: jakaś babuleńka siedząca zaraz za motorniczym uśmiecha się pod nosem, ściskając laskę w sękatych dłoniach i najwyraźniej szykując się do doszpitalnego biegu na następnym przystanku. Ze dwa siedzenia obok kilkuletni chłopczyk szarpie za rękaw swoją zaspaną mamę i opowiada jej coś z przejęciem. Dwoje nastolatków komentuje zachowanie jakiegoś nauczyciela i śmieje się zdecydowanie zbyt głośno w tym metalowym brzuchu machiny, w którym dosypiamy przed resztą dnia. Odgłos ich śmiechu jest zbyt intensywny, nieprzyjemny, jakby docierał z wnętrza głowy i drażnił bębenki od spodu. Zdecydowanie przeszkadza mi on w dryfowaniu między jawą a  snem.
 Reszta Dryfujących jest w podobnym stanie. Dam sobie uciąć prawą rękę, że część szuka źródła problemów z zalogowaniem się na serwer Rzeczywistość w samych sobie lub w swoim otoczeniu. W pewnym stopniu słusznie. Istnieje uzasadnione podejrzenie, że gdyby gimbusiarski Janusz poszedł spać o północy, zamiast o czwartej nad ranem (ja nie muszę spać, ja muszę expić!), to pobudka o wpół do siódmej byłaby dalece mniej bolesna. Podobnie w przypadku elegancko ubranej pani z podkrążonymi oczami, zajętej wiszeniem bezładnie na poręczy - papiery do pracy same się pewnie wypełnić nie chciały, a babeczka wolała jednak zarwać noc niż ryzykować zjebką czy nawet posadą, bo w końcu nie każdy szef to też człowiek. Niektórzy to tępe ch... dzidy.
 Ja nie widzę problemu w sobie. Widzę chaos, koty w kosmosie i dzbanek z rooibosem, ale źródło problemu sennego dryfu bije zupełnie gdzie indziej.

Dajcie ognia


 To wcale nie jest tak, że nasza senność bierze się tylko ze zbyt małej ilości snu. To znaczy owszem, jak ktoś śpi trzy godziny na dobę, to może nieco zwiększyć częstotliwość ziewania i wtedy nie będzie nikogo dziwiło, że po czterech dniach takiego trybu życia egzystencji delikwent w mniej lub bardziej głupi sposób wylądował na OIOM-ie, do czego by pewnie nie doszło, gdyby spał godzin osiem. Senność - szczególnie ta poranna, której nie można przeskoczyć, utopić w kawie i energetykach, a przespać nie wolno z racji obowiązków - pojawia się jednak także z innych przyczyn. Jesteś sceptyczny? Wyobraź więc sobie, że Twój poważny problem sennego dryfu potencjalnie bierze się stąd, że: (zaznaczyć właściwe)
A. jesteś niezdiagnozowanym narkoleptykiem i zaraz zaczniesz zasypiać gdzie popadnie; idź do lekarza zanim zamiast do tramwaju wsiądziesz pod tramwaj;
B. jeszcze nie wytrzeźwiałeś po wczoraj;
C. masz alergię i wciągasz nosem z parapetu cetyryzynę, żeby nie zabiły Cię te cholerne pyłki/kurz/podstępne orzechy arachidowe/wkurwiający ludzie;
D. cierpisz na bezsenność i jesteś na tyle nierozgarnięty, że tego nie zauważyłeś;
E. naoglądałaś(eś?) się za dużo Zmierzchu i Twój dobry ziomek Edward zmienił Cię w wąpierza wampira;
F. w poprzednim życiu byłeś Nicolasem Flamelem, Nostradamusem albo prostytutką, a tacy jak oni pracują raczej w nocy, więc nawyki Ci zostały;
G. jesteś ewolucyjnie przystosowany do pełnienia nocnej warty przy ognisku.
 O ile w przypadku opisanym w punkcie A, C i D powinieneś po prostu poradzić się pana w białym fartuchu, w B - mniej dawać w palnik w niedzielę wieczorem, a w E i F wypuścić dziewice z piwnicy, szklaną kulę odstawić na półkę i raczej skoncentrować się na tu i teraz, o tyle w przypadku G... najprościej się chyba powiesić.
 Natura tak nas skonstruowała, że stanowimy (ponoć) najwyżej położoną szypułkę z kwiatuszkiem na rozłożystym drzewie ewolucji. Nasz wysoki poziom rozwoju w świecie zwierząt zawdzięczamy nie tylko odpowiedniej masie i objętości mózgu, który odpowiada za takie przydatne rzeczy, jak umiejętność wyciągania wniosków z poprzednich doświadczeń (nie tylko naszych), myślenie abstrakcyjne czy przewidywanie konsekwencji, ale i za instynkty, które dość powszechnie w świecie zwierząt ratują niedomyślne zadki. Kiedyś jakaś antylopa musiała stwierdzić, że spierdzielanie przed gepardem jest nieco łatwiejsze, gdy spierdziela się całą grupą niż samemu - w końcu gepard nie ma sześćdziesięciu łap, żeby każdą antylopę dosięgnąć pazurem. A jak się już zwieje, to w grupie można się rozmnożyć i jest to łatwiejsze, niż samotne szukanie swojego antylopowego Stefana na bezkresach sawanny. Jeszcze wcześniej, bo długo przed tym, jak cokolwiek wylazło na ląd, o plusach życia w grupie pokapowały się polipy. Może i nie miały mózgu, ale jakoś doszły do tego, że jak się żyje w kolonii, to łatwiej i się rozmnażać, i pokarm zdobyć, i nawet pieprznąć rybie z parzydełka, jak będzie pchała płetwy, gdzie nie powinna. Mało tego, wesołe jamochłony założyły pierwszą na świecie korporację, gdzie korpopolipy zostały oddelegowane do pełnienia określonych funkcji - jedne były typowo wegetatywne, inne broniły reszty korpoziomków, a jeszcze inne odpowiadały za korpoprzedszkole. My doszliśmy do tego trochę później.
 Człowiek, który jest niczym innym, jak (przeważnie) mniej włochatą małpą, też w końcu wpadł na to, że jeśli oprócz siebie samego zabierze na polowanie dzidę, Hougha i Dougha (najlepiej też z dzidami), to mają szansę złapać raczej prakrowę niż prafretkę. W praniu też wyszło, że dobrze jest, gdy ktoś zostanie w jaskini i na zesłanym przez bogów ogniu podpiecze kawałek poprzednio złapanej prakrowy, bo przecież myśliwy wróci głodny. W stadzie łatwiej też zapanować nad gromadką małych jaskiniątek, które nagminnie wsadzały sobie nawzajem patyki do oczu i uciekały we wszystkie strony jednocześnie. I tak powstały plemiona. W czasie, gdy jedni pilnowali ognia, inni polowali. Potem robili zmianę, żeby ktoś mógł się przekimać. W nocy też ktoś musiał pilnować żaru, bo następnym razem bogowie mogą nie mieć zapalniczki do pożyczenia. Organizowano więc warty.
 Czas mijał sobie mniej lub bardziej spokojnie, człowiek zaczął uważać się za mądrego i tworzyć cywilizację. Oczywiście większą aktywność wykazywał za dnia, ale w nocy też się życie toczyło - rzecz jasna w określonych grupach. Żołnierze musieli stale pilnować murów i bram, bo wróg mógł zawsze uderzyć pod osłoną zmroku. Kobiety upadłe wychodziły na ulice, bo w świetle dziennym trudniej o klienta, zwłaszcza tym przechodzonym. Biesiadowano po domach, pisano rozprawy filozoficzne, prowadzono badania. I tak przez tysiące lat. Czy więc będzie zaskoczeniem, że u człowieka zaczął wykształcać się zmianowy tryb życia?

Przykuty do łóżka, przykuty do cywilizacji


 Nie bez powodu ludzi dzieli się na sowy i skowronki. O ile osobniki z tej drugiej grupy z radością same obudzą się skoro świt, by czym prędzej pobiec po bułki i wykorzystać aktywnie każdy promyczek poranka, o tyle ludzie-sowy wstają rano z uczuciem, z jakim zapewne wylazł z grobu owinięty w bandaże Łazarz. Pomimo wielkiego kubka kawy (albo dopingu w postaci dwusety kofeiny, jakby właśnie szli na trening) kleją im się oczy, więc obiecują sobie, że po powrocie do domu pójdą od razu spać. Ta myśl utrzymuje ich przy życiu do godziny szesnastej. W okolicach wczesnego popołudnia coś zaczyna się jednak dziać. Mózg otrzymuje sygnały, że należy się bezwzględnie obudzić, wszystko staje się łatwiejsze do przyswojenia, a senność samoistnie przechodzi. Wieczorem i w godzinach nocnych następuje zaś apogeum produktywności. Mimo zmęczenia wynikającego z wczesnej pobudki to właśnie wtedy sowom przychodzą do głowy najlepsze pomysły; chcą zrobić jak najwięcej, a ich zapał do gruntownego sprzątania mieszkania może ostudzić tylko trwająca od godziny cisza nocna. Padają w okolicach pierwszej - drugiej w nocy, zresztą raczej z rozsądku (Jezu, jutro na ósmą!), niż z faktycznej potrzeby. To właśnie te nocne marki ewolucyjnie są przystosowane do pełnienia nocnej warty. I tacy ludzie właśnie, gdyby tylko zostali na poziomie sowy, byliby prawdopodobnie bardzo szczęśliwymi, spełnionymi obywatelami. Być może, że rozwój cywilizacji nastąpiłby jeszcze szybciej, gdyby sowom pozwolono żyć w zgodzie z ich genetycznie zaprogramowanym zegarem biologicznym.
 Jesteśmy jednak w Polsce, a właściwie w kręgu krajów wysoko rozwiniętych, toteż nic z tego. Większość sów - o ile nie trwają wakacje lub nie są to sowy-freelancerzy - pod wpływem presji i oczekiwań środowiska zmienia swój codzienny status na Dryfujący. Pod tą nazwą nie kryje się nic innego, jak genetyczna sowa wtłoczona w schemat życiowy skowronków. Mózg każe żyć w nocy, cywilizacja nakazuje w dzień: do szkoły na ósmą, na studia na dziewiątą, do pracy na siódmą trzydzieści do szesnastej. Potem dodatkowe zajęcia, zakupy, nauka, chwila czasu i spać, bo trzeba zerwać się rano i niemal płacząc wleźć pod prysznic. I tak w kółko. W kółko przez ponad pół wieku.

My z półjawy


 Wbrew pozorom jest nas - Dryfujących - dość dużo. Jasne, płacimy większe rachunki za światło, niż
nasi poranni koledzy, którzy nie siedzą po nocach, ale nie mamy za bardzo co z tym zrobić. Bycie częścią cywilizacji wymaga dostosowania się do warunków w niej panujących - przecież nie zaczniemy nagle przychodzić do szkoły albo korpo na szesnastą, żeby dostosować godziny pracy do godzin funkcjonowania mózgu, bo naślą na nas kuratora, a z pracy wywalą. Śpimy więc, kiedy powinniśmy tworzyć, działać i pracować, a pracujemy, gdy nasze głowy ciągle jeszcze śpią. Do tego ciągle słuchamy, że to nasza wina, że jesteśmy niewyspani i mało produktywni. Prawda jest jednak taka, że zaprogramowany zegar biologiczny dość trudno zmienić - co prawda przestawimy się na skowronkowy tryb życia, ale będziemy ciągle zmęczeni, cały czas dryfując pomiędzy snem a jawą, wbrew woli zaczepieni w rzeczywistości przesuniętej dla nas o kilka-kilkanaście godzin. I tak jak Wy, ludzie-skowronki, nie będziecie szczęśliwi, jeśli zostaniecie zmuszeni do spania do czternastej, podczas gdy budzicie się naturalnie o szóstej, albo jeśli każe wam wytrwać na wysokich obrotach do późnych godzin nocnych, choć będziecie już spać na stojąco, tak i my będziemy mieć problemy z funkcjonowaniem od wczesnego rana, gdy słońce świeci po oczach (co Wy wręcz uwielbiacie). I nie, nie będziemy starać się o nagłą zmianę waszego trybu życia, by dostosować go do swojego, bo doskonale wiemy, że to walka z wiatrakami. Do tego totalnie niepotrzebna. Dalej będziemy żyć w nocy: pracować, bawić się, kochać, tworzyć, myśleć. Szczególnie w wielkich miastach, które nigdy nie zasypiają. Będziemy tak żyć, póki nie pokona nas deficyt snu. A jak już odeśpimy, to... koło się zamknie.
 Ale nie to jest najważniejsze. Cywilizacjo, która zmierzasz w kierunku automatyzacji i optymalizacji wszystkich dziedzin naszego życia i mówisz o zdrowych ośmiu godzinach snu dziennie oraz koniecznym zasypianiu przed północą - skończ wciskać nam kity. Pamiętaj po prostu, że my, istoty z półjawy, mamy mózgi, a nie chipy.
 Funkcjonujemy inaczej niż twoje algorytmy.
 I chyba umrzemy przez to młodziej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz