wtorek, 21 lutego 2017

Bardzo złe studia

 Każde boskie dziecko od pierwszych dni życia przejawia zdolności świadczące o jego nadludzkim pochodzeniu. Herkules dusił węże w kołysce. Horus poskramiał krokodyle. Dżizas ponoć zamieniał gliniane figurki w jaskółki i kolegów w kozy (cóż, co kto woli). Ja zaś w przedszkolu - podczas gdy inne dzieci wsadzały sobie nawzajem kredki świecowe do nosów i innych naturalnych otworów ciała - czytałam wytrwale W poszukiwaniu straconego czasu.
 Mniej więcej.

 W każdym razie wiedziałam, że trzeba to życie spędzić jak najlepiej i miałam nawet bardzo dorosły pomysł na stabilną, dobrze płatną pracę. Bycie piosenkarką? Nie, to dla tych wszystkich różowych księżniczek. Projektantka mody? Nope, nie moja bajka. Aktorka? Podziękuję. Ja od razu wiedziałam, że będę stomatologiem, czemu rodzina radośnie przyklasnęła, bo zatrudnienie pewne, a hajs się będzie zgadzał. To znaczy nie wiedziałam tak znowu od razu, bo w pierwszych latach tego stulecia naoglądałam się bajki Papirus i stwierdziłam, że zostanę jeszcze faraonem, a jak nie wyjdzie, to przynajmniej archeologiem, żeby odkopywać mumie. Ale to nie wchodziło w rachubę. Przecież nie po to wygrałam wszystko, co się da wygrać, żeby  za śmieszne pieniądze siedzieć nad wysuszonym wezyrem z pędzelkiem i toną piasku w gaciach.
 Nadszedł jednak dzień, gdy tabloidy i gazety zaroiły się od nagłówków Szok, niedowierzanie i obraza majestatu, Jak ona mogła to zrobić?, Breaking news i tego typu stwierdzeń, bo rodzinie, przyjaciołom i nauczycielom oświadczyłam, że składam papiery na antropologię fizyczną. Tylko tam i nigdzie więcej. I że jednak będę odkopywać trupy.
 Wiecie, kiedy to było? W drugim semestrze trzeciej klasy liceum, dwa miesiące przed maturą.

Życie usłane chipsami


 Bez wątpienia popełniłam - oczywiście w ocenie wszystkich poza mną - niewybaczalny błąd, decydując się na tak niszowe studia; pierwszy taki kierunek w Polsce, dostępny ponadto tylko w jednym mieście, zero absolwentów. Jednak najpoważniejszy błąd miał miejsce już w latach wczesnoszkolnych, kiedy potulnie dałam się wystawiać jak koń wyścigowy w dosłownie każdych zawodach. W podstawówce wygrywałam konkurs za konkursem; nie miało znaczenia, czy matematyczny, czy ortograficzny. Szybko stałam się ulubionym zawodnikiem nauczycieli, którego nie trzeba do pracy zmuszać i pilnować, a który - w zamian za dyplomik i pomalowany sprayem na złoto długopis - zarobi na nauczycielskie premie za zasługi. Dla siebie w szóstej klasie wygrałam zwolnienie z testu szóstoklasisty, w gimnazjum, które ukończyłam ze średnią 5,89 - zwolnienie z egzaminu gimnazjalnego, a w liceum dwukrotnie (!) zwolnienie z matury z języka polskiego, choć byłam w klasie o profilu biol-chem. Czy było trudno? Nie, po prostu jechałam na zdolnościach. Nie wkuwałam nigdy na siłę - cóż, przynajmniej nic oprócz wierszy oraz słówek - i nie chwaliłam się wiedzą czy swoim geniuszem na prawo i lewo. Wszyscy byli w każdym razie pewni, że medycyna stoi przede mną otworem, bo skoro nie chcę iść na prawo, to muszę chcieć iść na ten Drugi Słuszny Kierunek, right?
 I tu właśnie leży pies pogrzebany. Do pewnego czasu naprawdę byłam przekonana, że chcę. Patrząc jednak na to z perspektywy czasu, coraz wyraźniej widzę, że był to zaszczepiony przez otoczenie pomysł. Mój - trupy i pędzelki! - czekał uśpiony, aż posłucham samej siebie, i odzywał się czasem, ale szybko zagłuszałam go głosem rozsądku. Dlaczego? Cóż, zauważona wcześnie ponadprzeciętność w połączeniu ze zdolnością mózgu do sprawniejszego otworzenia szlaków neuronalnych sprawia, że wymaga się od ciebie dużo więcej niż od twoich znajomych. Wniosek? Idziesz na medycynę!
 Jako prymus zostajesz nieco skrzywdzony. Rośniesz w przekonaniu, że musisz sięgać najwyżej, bo inaczej kogoś zawiedziesz. Ciągle ktoś oczekuje od ciebie najlepszych wyników: rodzice, babcia, żeby pochwalić się tej Halinie spod trójki, nauczyciel czy dyrektor, który cię nawet z nazwiska nie kojarzy, ale fajnie wyglądasz w statystykach. Zawsze jesteś kogoś lub czegoś reprezentantem, a w dodatku najczęściej nie ma jak się od tego wykręcić - nie pójdziesz na konkurs, bo co? Bo masz dość? Bo chcesz jak rówieśnicy pooglądać w spokoju serial, zamiast siedzieć miesiąc nad materiałem, który cię nie interesuje? No way, przestań chrzanić i do książek, dzieciaku.
 Jeśli zaś źle wypadniesz na szkolnym polu bitwy, bo ze sprawdzianu nagle dostaniesz trzy, a nie pięć, też nie licz na rozejście się sprawy po kościach. Nauczyciele i rodzice rzucą zawiedzione spojrzenie, zaś życzliwi koledzy wreszcie będą mogli skomentować, że się opuszczasz (a przecież pierwsze prawo fizyki gimnazjalnej mówi, że dla dorastającego ciała A to, co dorastające ciała B, C i D powiedzą, stanowi prawdziwe być albo nie być w hierarchii stada grupy rówieśniczej). Głowa tymczasem mówi: ty nie możesz zawieść, w końcu jesteś najlepszy. Musisz być najlepszy.
 Tak, tak. Musisz olewać docinki innych (bo ci zazdroszczą!), słuchać siebie, rozwijać talenty i być najlepszy. I pójść na medycynę.
  Słuchanie siebie, a nawet samo usłyszenie siebie, pod presją otoczenia staje się dla dziecka niemal niemożliwe. Powstaje pytanie, czy ma ono cokolwiek do powiedzenia, kiedy ludzie mądrzejsi, bardziej doświadczeni, mający u niego autorytet, właściwie od początku wpajają mu, że powinno być takie, jakim oni chcieliby je widzieć? Starsi, pewni, że wiedzą lepiej, zaszczepiają wówczas w młodym człowieku przekonanie, że ich wynikająca z doświadczenia racja jest jedynym słusznym rozwiązaniem, niezależnie od punktu widzenia dziecka czy osób postronnych. Ja sama do pewnego momentu w myślach zbywałam rady rówieśników czy nawet nieco dalszej rodziny, że powinnam iść w kierunku antropo- bądź archeologii. Byłam przekonana, że skoro osoby cieszące się u mnie największym autorytetem doradzają stomatologię, to powinnam iść na stomę i kropka.
 Dość późno zdecydowałam się posłuchać siebie, ale jest to jak najbardziej wytłumaczalne. Wcześniej nie dałabym rady. Znam mnóstwo przypadków dorosłych ludzi, którzy nie potrafią przeciwstawić się innym: mężowi, żonie, rodzicom, nawet znajomym. Jak można więc oczekiwać od dziecka, że zrealizuje swoje marzenia kosztem planów bardziej zdeterminowanych i doświadczonych rodziców/nauczycieli?

Śmieszne studia a poważny zawód


 Prawnik, lekarz, inżynier, może nauczyciel. No i ewentualnie ksiądz, o ile jesteś facetem i lecisz na ministrantów ze swojej parafii. Jesteś na biochemie? Tylko medycyna, chociaż nie wiesz, ile przedsionków ma serce. Jesteś na humanie? Prawo, a jak nie prawo, to praca w McDonaldzie! Matfiz? Polibuda albo SGH, i tak reszta rocznika nie rozumie, o czym rozmawiacie. Na danym profilu w liceum cała klasa oczywiście celuje w ten sam kierunek.
 Moment, jednak nie cała. Jesteś jeszcze ty, buntownik, bo nie chcesz być trzydziestym prawnikiem albo lekarzem w klasie. Co prawda wszyscy wiedzą, że na prestiżowe kierunki dostaną się po 3 osoby, a reszta będzie kończyć co najwyżej Wyższą Szkołę Robienia Hałasu, bo nie ma na siebie pomysłu, ale wszyscy solidarnie udają, że będą drugą sędziną Anną Marią Wesołowską. Ty też dla świętego spokoju powinieneś udawać. Jeśli powiesz głośno, że wybierasz się na inne studia, zarówno koledzy, jak i nauczyciele, spojrzą na ciebie tak, jakbyś sobie przywiązał do czoła rurę od odkurzacza, a później nałożył gumofilce i zaczął udawać mrówkojada na środku klasy. Oczywiście nie dotyczy to wyboru nie-tych-jedynych-poważnych-studiów z powodów czysto losowych - skoro powinęła ci się noga i masz -50% z matury, to okej, idź na coś innego, jakąś kosmetologię czy biologię, ewentualnie popraw wynik. Jak najbardziej spoko. Ale jeśli tak sam z siebie powiesz, że składasz papiery wyłącznie na genetykę eksperymentalną/ filologię serbsko-chorwacką/ arabistykę/ kognitywistykę lub antropologię fizyczną, to nie zdziw się, że sporo ludzi będzie starało się nawrócić cię na jedyną słuszną drogę perswazją, modlitwą, siłą, ogniem i mieczem.
 Ile się nasłuchałam, to moje. Ja, przed którą wszystkie możliwe drogi kariery - jak słyszałam - stały otworem, decyduję się na jakieś śmieszne studia, po których nie znajdę pracy? Temat do ubolewania na najbliższe dziesięć lat, póki habilitacji nie zacznę. A i wtedy pewnie usłyszę, że mogłabym już mieć willę z basenem zbudowaną na zaplombowanych niemieckich mleczakach.


Marnuję potencjał


 Jak przyjęto w tym pięknym kraju, dzieciom należy wpoić, że najważniejszy jest kierunek, jaki skończą (oraz miasto, w którym znajduje się uczelnia), a nie to, jak dobrym się jest w danej dziedzinie. A już nie daj borze szumiący, żeby dzieciak znalazł studia zgodne z własnymi zainteresowaniami, oczywiście wyłączając, jak już zaznaczyłam, przypadek, gdy z własnej woli w przedszkolu recytował Kodeks Karny lub Villego. Jesteś zainteresowany jakąś niszową dziedziną i chcesz się nią profesjonalnie zająć? Świetnie, to czytaj jak najwięcej, ale zawód musisz mieć taki, żeby mieć pieniądze!
 Szlag mnie trafia, jak słyszę ludzi - najczęściej niespełnione życiowo Grażyny, które chciały być kimś innym i jeździć kabrioletem po Champs-Elysees, ale coś nie wyszło i zostały paniami na poczcie - ubolewających nad swoją pracą i z zazdrością mówiących, że to niezwykłe szczęście, gdy ktoś lubi to, co robi. Ale nie to jest najbardziej irytujące. Iskrą wyzwalającą wybuch Chaosu jest zespół takich Grażyn jeżdżących jednocześnie po młodzieży, bo ta wybiera zawód zgodny ze swoimi zdolnościami i zainteresowaniami. Bo co oni będą robić po tych studiach? Dzisiaj każdy jest magistrem, a fachowców brak, dla tych magistrów to pracy nie ma! A oni wymyślają sobie jakieś filologie skandynawskie, łojezu. Ja to Kaśce mówiłam, że powinna iść na... (wiadomo co).
 Faktycznie, kilkadziesiąt lat temu sprawa nie wyglądała tak prosto, jak dziś; zdecydowanie mniej młodych studiowało, jeszcze mniej wyjeżdżało za granicę (chyba że na zakładowe wczasy do Bułgarii) czy otwierało własne przedsiębiorstwa (a nie, zaraz. Przedsiębiorstwa to w Hameryce, tu były czesalnie wełny i pegieery), toteż i stanowiska pracy były, jakie były. Ale dzisiaj? Jeśli nie jesteś ćwierćmózgiem, okropnie ciapowatym pechowcem ani do podjęcia losowej pracy nie zmusiła cię sytuacja materialna, to dlaczego nie robisz tego, co lubisz robić? A ty, Grażyno, skoro twój wnuczek/siostrzeniec/dziecko sąsiadki chce pójść na psychologię transportu, to po kiego [cenzura] to komentujesz?
 Najpoważniejszym zarzutem, z jakim osobiście się spotkałam, było domniemane marnowanie własnego potencjału. Co ciekawe, wszystkie osoby, które o tym potencjale pobąkiwały, widziały mnie tylko jako pewnego absolwenta prestiżowych kierunków: prawa (OLiJP otwierało uniwersyteckie bramy), medycyny (bo matura z biologii i chemii) czy architektury (wait, nie miałam teczki, ale przecież wszyscy wiedzą, że dałabym radę, więc miałam zamknąć dziób i składać papiery). Mało kogo obchodziło, czy byłabym po takich studiach szczęśliwa, czy byłabym w stanie wstawać codziennie przez najbliższe 50 lat i wlec się do roboty, której nie lubię. Dwie rzeczy były niezmienne - pierwsza: wciąż słyszałam, że byłabym świetna w tym czy w tamtym, a antropologia zmarnuje mój potencjał,  i druga: ich miny, gdy odpowiadałam, że wręcz przeciwnie, pomimo mózgu, który jest w stanie wiele przyswoić, byłabym przeciętna, bo dana rzecz nie interesuje mnie ani trochę. Mój potencjał ma się bardzo dobrze i został - mam nadzieję - ulokowany tam, gdzie powinien.

Powiem wam coś, czego ta część dorosłych ludzi, która od trzydziestu lat siedzi na tym samym nielubianym, zapierdzianym stołku, nie widzi lub nie rozumie. Nie sztuka wywalić pół tony bilonu na korki, nie sztuka spiąć dupę w gimnazjum, liceum, a potem na studiach, by osiągnąć pożądany przez nasze otoczenie świstek uprawniający do dodania sobie trzech literek przed nazwiskiem, a potem być przeciętnym wykonawcą zawodu, choćby nie wiem jak prestiżowego. To jest właśnie czyste marnowanie potencjału. Sztuką jest roześmiać się zniechęcaczom w twarz, zakasać rękawy i powiedzieć: Ja nie będę lubił swojej pracy? Ja nie będę miał co do garnka włożyć? No to, kurwa, patrz. A później iść, robić to, co się kocha i być w tym najlepszym.

Samo się nie z(a)robi


  Zauważam jednak, że częściowo stan obecnego rynku pracy - a zwłaszcza tego, że ludzie z papierkiem nie znajdują zatrudnienia w zawodzie - jest podejście młodych. Prawda jest taka, że mamy możliwości, nie zawsze tylko wiemy, jak je wykorzystać. Świat stoi otworem; co prawda niekiedy nie wiadomo, którym, ale jednak otworem. Jesteś w czymś dobry, to będziesz miał z tego pieniądze - jak nie tutaj, to w Gwatemali czy Nowej Zelandii. Ba, nie musisz nawet studiować. Jeśli masz na siebie genialny pomysł, rozwiń go; interesuj się rynkiem pracy, ale i tendencjami w sieci, w końcu połowa naszego życia toczy się w Internecie. Ludzie w Korei żyją z tego, że jedzą posiłki przed kamerką i codziennie transmitują to na żywo, więc jakim cudem ty -młody, kreatywny człowiek z pasjami - nie będziesz w stanie zarobić sobie na ajfona?
 Ludzie nie mają rąk, nóg, oczu, chromosomów, a jednak potrafią osiągnąć cele, o których zdrowi nie śmią nawet myśleć. I jakoś mają pieniądze. Dlaczego więc tobie miałoby się nie udać? Sukces jest w największej mierze jest kwestią motywacji i determinacji, później talentu, a na końcu ludzkiej przychylności i szczęścia. Szansa na zarobek zawsze więc jest.
 Zastanawiające jest jednak to, że tak wielu młodych nie próbuje walczyć o swoje zdanie lub zainteresowania, czy też w ogóle nie wykazuje pasji, z których można by uczynić jakikolwiek zarobek - nawet dodatkowy. Świetnie to widać na studiach; połowa osób na większości kierunków zdaje się być tam przypadkowo (a, zobaczę, postudiuję, może mi się spodoba) lub z konieczności (wiesz, nie dostałem się na...). Nawet, jeśli nie odpadną po drodze i uzyskają tytuł, nie będą mieli szans na rynku pracy z tymi, dla których dany zawód to pasja pielęgnowana od dzieciństwa, a którzy umieją się także w odpowiednich miejscach zakręcić. I to nie po uzyskaniu dyplomu, ale już w trakcie studiów.
 Zawsze będziesz lepszy w czymś, co cię interesuje, niż w czymś, czego nie możesz ścierpieć. Zawsze. A jeśli jesteś dobry, to gdzieś na świecie ktoś ci za to zapłaci.
 Chyba że faktycznie nie masz na siebie pomysłu, to możesz się jeszcze załapać na 500+. Też ci zapłacą, niezależnie od tego, jak dobrym rodzicem będziesz.

Wybrałam bardzo złe studia


 Za dwa miesiące matura, za cztery termin składania podań o przyjęcie na uczelnię. Ja niemal dokładnie rok temu postawiłam na swoim. Wybrałam bardzo złe studia (bo zgodne z moimi zainteresowaniami), bardzo rozczarowujące (bo nie zmarnuję swojego potencjału na innych jak wszystkie wypominające mi ów potencjał Krystyny i Janusze), no i bardzo nieżyciowe (bo mam realny plan na siebie i zamierzam go zrealizować, ale niestety nie tak, jak życzyłoby sobie tego otoczenie). I, chociaż zwykle publicznie rozpływam się w zachwytach nad omawianym na zajęciach materiałem czy przedmiotami, które czekają mnie w przyszłych semestrach, wciąż słyszę wypowiadane z mieszaniną ostrożności, niedowierzania i politowania pytanie: nie żałujesz, że nie poszłaś na umed? Albo: i co, będziesz poprawiać maturę? Będziesz składać papiery na stomę? Będziesz zmieniać kierunek? 
 Nie, nie żałuję. Nie, nie będę nic zmieniać.
 Na uciążliwość tych pytań nie zamierzam jednak narzekać. Mówiąc szczerze, wolę przez następne dziesięć lat zbywać randomowe Grażyny, które wiedzą o mnie więcej, niż ja sama, niż męczyć się w zawodzie, który dla mnie przewidziały.
 Jest jakieś prawo we wszechświecie, które mówi, że gdy ktoś usilnie chce podkopać twoją wiarę w twój własny wybór, a ty pokazujesz mu, że z każdym dniem utwierdzasz się w przekonaniu, iż był dobry. czujesz jakiś rodzaj satysfakcji. Może i wiesz, że nie zmienisz świata, że Grażyny dalej będą gadać, że rodzice dalej będą się starali aranżować małżeństwa planować dzieciom życie, a młodzi ludzie wciąż będą wybierać studia na chybił-trafił... ale mimo to czujesz satysfakcję, że - przynajmniej na tę chwilę - dokonałeś zgodnego z samym sobą wyboru. Tym większą, że przez lata wtłaczano ci do głowy, że chcesz czegoś zupełnie innego.
 I takiej właśnie satysfakcji wszystkim wam życzę.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz