Ci ludzie w średniowieczu to jednak głupi byli. Babki mściły się na sąsiadkach poprzez zapodanie kołtuna, natknięcie się na świnię miało przynieść nieszczęście, a poronione płody chłopi zakopywali pod progiem, coby strzegły domowników i nie straszyły na rozstajach. I wierzyli, że jak się człowiek myje, to zaraz choruje. No idioci.
- Odstawiłam ostatnio nabiał, bo mleko jest szkodliwe dla zdrowia - chwali się Paulina, a może się żali, bo nie jestem pewna. - W ogóle to chore, żeby człowiek pił mleko innego gatunku! Obrzydliwe. Od razu mi lepiej, teraz do kawy kupuję tylko mleka roślinne: sojowe, wiesz, to trochę przeżytek, ale w sumie klasyka. Ja kupuję migdałowe, kokosowe, ryżowe. Tylko do tofu nie mogę się przekonać..
Zapala papierosa. Zaczynam zastanawiać się, co wykluczy następne, może monotlenek diwodoru, bo sól, cukier, tłuszcze, białe pieczywo i glutaminian sodu też odeszły w niepamięć, a mięsa, ryb i jajek nie je od czterech lat. Zastanawiam się, czy nabyła już wtórną zdolność trawienia celulozy, bo z czegoś te "zdrowe zamienniki" muszą być zrobione. Podejrzewam, że ze sklejki.
- Moja współlokatorka wykluczyła z diety gluten - informuje Marta. - Jej matka naczytała się w gazetach, że to szkodliwe dla zdrowa, więc Iza zaczęła kupować wszystko, co ma znaczek gluten-free. Ponoć problemów ze zdrowiem ma tyle samo, co wcześniej. Obie się prześcigają w pieczeniu placuszków z mąki kukurydzianej albo migdałowej, płacą za to jak za, nomen omen, zboże, a jak są w restauracji, która bezglutenowych pierożków nie oferuje, to wychodzą z oburzeniem. Matka Izy to nawet jakąś gdzieś skargę pisała.
- Też bym napisała - wtrąca Paula z zacietrzewieniem. - Jak w dzisiejszych czasach można nie mieć w ofercie dań dla osób, które nie mogą jeść glutenu?
- Nie mogą czy nie chcą? - pytam. Odpowiedź nie pada.
W domu sprawdzam, co mamy w domu do jedzenia. Najwyraźniej drugi połówek był na zakupach, bo znajduję kilka jogurtów (w tym dwa słodzone syropem glukozowo-fruktozowym i doprawione koszenilą), mleko w kartonie (takie, które ponoć nigdy nie widziało krowy), żółty ser (przesolony i zaburzający gospodarkę sodowo-potasową), marchewkę (mała, brzydka jak dupa za krzakami i jakaś powyginana, więc chyba bio i eco), jakieś parówki (79% mięsa, pewnie sam MOM i te 21% ścierek) i chleb (niby ciemny, ale pomarańczowozłoty od karmelu). Wszystko - oprócz marchewki - fuj, trujące, jak on mógł to kupić? Przecież to jest elementarna wiedza o żywieniu, byłam w grupie łorkałtowo-dietetycznej zrzeszającej pozytywnie zakręcone sportowe świry, to wiem. Dopiski na opakowaniach informują, że produkty zawierają mniej procent tłuszczu (jeden jogurt nawet zawiera całe 0%), mniej cukru, ser to jest w ogóle kozi i bez laktozy, a na marchewkę zabłąkała się naklejka ze znaczkiem gluten-free.
Czaicie? Bezglutenowa marchewka! Zastanawiam się, jak ją rozmnożyć, żeby szybko podbić rynek. W myślach już odbieram telefon od Chodakowskiej, która prosi, żeby sprzedać jej udziały na rynku bezglutenowych marchewek, aby tylko mogła używać ich do swoich zielonych koktajli.
Jemy obiad, Szymon sięga po kotleta. Po dwa właściwie. Kotlet dobry, fikuśny, z pieczarkami na wierzchu.
- Wiesz, mamo - mówi - ja nie rozumiem, jak można żyć bez mięsa. Czasami sobie robię taki dzień, żeby nie zjeść, bo nie można za dużo, ale wieczorem i tak kończy się jakąś kiełbasą.
Jego mama kiwa głową, ja wzruszam ramionami, bo z mięsa to jem tylko drób, i to taki z Biedronki, i to tylko ze dwa razy w tygodniu, i nawet nie sprawdzam, czy jest wybiegany po radosnym wybiegu. Przychodzi mi do głowy, ile w tym jest antybiotyków, sterydów, rtęci, ołowiu i promieniowania kosmicznego. Cóż, przynajmniej tasiemca nie złapię. Jem i składam tym samym hołd przodkom, bo gdyby Homo habilis nie zeżarł swojego przydziału mięcha, byłabym jeszcze bardziej podobna do szympansa, niż jestem w tym momencie.
Dla pewności tylko sprawdzam, czy moja dłoń jeszcze nie świeci w półmroku pod stołem. W końcu przecież jem ten gluten.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz