Polacy kradną na potęgę. Jeszcze rozumiem, żeby w zapchanym tramwaju wyciągnąć komuś portfel z torebki. Albo buchnąć fajny rower - i to najlepiej w momencie, gdy trzymający go właściciel
kichnie, zamykając przy tym oczy na 0,7647 sekundy. Ale żeby podpieprzyć cienką jak papier metalową naklejkę I-VTEC na tylnej szybie auta, całość o powierzchni czterech centymetrów kwadratowych, to już nie rozumiem. [Oddawaj moją naklejkę, nieznany idioto, chociaż wątpię, że to czytasz.]
Chociaż jeszcze gorsi to są Żydzi. Też kradną, tyle że na procent, więc dostają więcej. I złamanego grosza nie podarują, zupełnie jak księża, którzy dotąd będą zaglądać parafianom w kieszeń, dopóki nie wyciągną całego ich hajsu na nowego Maybacha remont dachu kościoła. Ci księża to właściwie tylko w jednym mają rację: najgorszy syf obecnego świata to są brudne muzułmany i te cholerne feministki, grube, stare baby z brodą i wąsami, żyjące w lesbijskich związkach i chcące wytępić wszystkich facetów na planecie, tfu.
Trzeba zgolić wąsik
Stereotypy to bardzo przydatny wymysł - pozwala zaszufladkować wszystko, co człowiek ma do sklasyfikowania, tworzy przyjemne dla mózgu, wyraźne ramy, które szczelnie oprawią dane zjawisko i odetną wszystkie drogi, które zmusiłyby nieszczęsnego człowieka do myślenia. Albo, co gorsza, zastanowienia się, ile stereotyp znajduje pokrycia w rzeczywistości i jak solidne ma podstawy. Jeśli do tego dołożymy obco brzmiące słowo z końcówką -izm, -yzm lub -logia, to już mamy niemal całkowitą pewność, że nasz nowy stereotyp migiem wygnie się złą stronę niczym chory kręgosłup w mokrym śnie ortopedy. Przecież nikomu nie chce się sprawdzać, z czym tak naprawdę ma do czynienia. I czy w ogóle ma do czynienia. Przecież na każdym kroku czekają Cyganie, niekompetentne blondynki, ideologia gender, pedofile i homoseksualiści, którzy wychowają adoptowane dziecko na kolejnego homosia. No i feministki, które na siłę wyskrobią ci w dziewiątym miesiącu dziecko wieszakiem, jeśli ośmielisz się zajść w planowaną od lat ciążę.
Zanim jednak statystyczna Grażyna napisze niepoprawny ortograficznie komentarz w toczącej się gównoburzy na fejsie, nie poświęci 22 sekund na odpalenie wyszukiwarki i wstukanie jednym palcem hasła feminizm encyklopedia pwn. Leniwym przytoczę:
feminizm[łac. femina ‘kobieta’],nazwa bardzo szerokiego ruchu o charakterze politycznym, społecznym, kulturowym i intelektualnym, którego różne orientacje, szkoły, teorie i badania łączy wspólne przekonanie, że kobiety były i są przedmiotem dyskryminacji.
Feministki to baby. Głównie, bo są też chłopy-feminiści, którym nie przygaduje się w świecie realnym, ale w szeroko pojętych internetach dostają w wirtualną mordę od srających testosteronem sebków za bycie pantoflem. Feminizm ma wielką rozpiętość... powiedzmy, natężenia - od osób przekonanych, że kobiety po prostu nie powinny być dyskryminowane ze względu na płeć, poprzez aktywnie wspierające akcje mające tę dyskryminację zniwelować (choćby przez pomoc ofiarom gwałtu, którymi, nie oszukujmy się, zdecydowanie częściej są kobiety), po całkowicie szurnięte babska z wąsem, przekonane, że jedynie natychmiastowa anihilacja męskiej części gatunku jest w stanie zapobiec końcowi świata, i które zamierzają w najbliższym czasie zacząć rozmnażać się partenogenetycznie. Albo przez pączkowanie, jak drożdże.
Pytanie tylko, czy ta ostatnia sekcja, zwana pieszczotliwie feminizmem radykalnym, nie podpada już pod jakąś formę nazizmu, bo feminizmem to już tego dawno nazwać nie można. Pytanie tylko, dlaczego pozostałe, normalne dziewczyny też wrzuca się do tego samego worka. Przecież feministki raczej nie mają wąsów. A jak mają, to golą.
Równość naciągana
Szczytem nieporozumienia - czy to ze strony feminazistek, czy żywo walczących z ogólnym feminizmem osób - jest oczekiwanie całkowitej równości płci. Trudno jest wyjaśnić każdemu rechoczącemu cwaniaczkowi, że feminizm wcale nie kończy się, kiedy trzeba wnieść szafę na ósme piętro. Z biologicznego punktu widzenia niemożliwe jest traktowanie kobiety i mężczyzny jako osobników identycznych pod względem wytrzymałościowym czy siłowym - w większości przypadków kobieta jest jednak słabsza, ma drobniejsze kości, słabiej rozwinięte przyczepy mięśniowe, więcej tłuszczu niż facet. Najczęściej jest też niższa i ogólnie mniejsza. Mężczyzna z kolei ma zazwyczaj niższy próg bólu, nie posiada macicy i jajników, więc nie będzie w stanie wyprodukować komórki jajowej ani zajść w ciążę, donosić dziecka i jeszcze je urodzić. A potem wykarmić. No, może poza przypadkami, kiedy płeć osobnika jest zmieniana w trakcie jego życia, ale to zostawmy. Biologicznie pełnimy różne funkcje i absurdem jest oczekiwać od przeciętnej kobiety turbosiły jak po wypiciu magicznego napoju Gallów; albo też od mężczyzny oczekiwać urodzenia potomka. Bo czym miałby go urodzić? Siusiakiem?
Nie chodzi o to, by kobieta ze wszystkim radziła sobie sama, podnosiła trzydrzwiowe szafy małym palcem i słoiki odkręcała rzęsami. Nie chodzi o to, żeby przejąć dominację nad facetami (co za idiotka to wymyśliła?). Oczywiście, że to mój narzeczony - z moją małą pomocą, jeśli dam radę - będzie wnosił meble na nasze czwarte piętro, i oczywiście, że umiem gotować i posprzątać, i że lepiej wiem, co jeszcze trzeba kupić, bo w lodówce nie ma. Nie jestem facetem. A facet nie jest babą. Nie mieszajmy tego całkowicie, bo są rzeczy, które można starać się wyrównać i gdzie można się między sobą dogadać, i są takie, po których ruszeniu sami dojdziemy do wniosku, że to nie ma sensu.
Chodzi o to, żeby kobieta nie była traktowana gorzej tylko dlatego, że jest kobietą - żeby mogła choćby ubierać się, w co chce i sama o sobie decydować. Żeby na świecie nie dochodziło do sytuacji, że dziewczynki w wieku kilkunastu lat są wydawane za mąż starym capom, oczywiście wbrew swojej woli. Że nie mogą się uczyć, bo miejsce kobiety jest w domu i ma rodzić mężowi dzieci (mężowi, nie sobie ani nie dla obojga. MĘŻOWI). Żeby nie było cichego przyzwolenia na przemoc domową, na gwałty, na traktowanie kobiety jako niepełnowartościowego człowieka. Na mówienie, że przecież to nic złego, jak pijany gość na dyskotece sobie pomaca twój tyłek, albo szef podotyka cię po piersiach, żeby sprawdzić, czy zasługujesz na podwyżkę.
W Polsce może problem jest mniejszy niż w krajach Arabskich czy trzeciego świata, bo aranżowane małżeństwa mamy dawno za sobą. Ale dobrze by było, gdyby na tym samym stanowisku biurowym/intelektualnym baba zarabiała tyle samo, co chłop, jeśli mają takie same kwalifikacje. I żeby pracodawca nie pytał, czy kobieta nie planuje zaraz rodziny założyć, bo pewnie na macierzyński odejdzie, skubana, więc pracy nie dostanie. I żeby nie tylko zapiać w mediach, że mądra dziewczynka pilnuje drinka, ale też wbić od małego chłopcom do głowy: mądry chłopak wie, że ludzi się nie gwałci pod groźbą odrąbania penisa albo zrobienia z dupy jesieni średniowiecza przez współwięźniów. I przestać mówić, że dziewczyna sama jest sobie winna, bo ubrała ten seksowny, prowokujący dres.
Nie jestem feministką
W internecie, niestety, bardzo często można się natknąć na wypowiedzi kobiet zaczynające się od słów "Nie jestem feministką, ale...". Zawsze w takim przypadku mam ochotę zapytać, co autorka przez to rozumie - czy podpisałaby się pod zdaniem Podoba mi się, że facet o takim samym wykształceniu dostanie wyższy hajs, robiąc tę samą robotę albo Zgwałcona kobieta jest sama sobie winna? Albo Nie nadaję się do niczego innego niż gotowanie i sprzątanie, bo mam mniejszy mózg i jestem głupsza? Zapewne nie. Dziewczyny po prostu nauczyły się, że czasami skrytykowanie mężczyzn grozi zwyzywaniem od tych właśnie szalonych, grubych babsk ukręcających łeb kotom o różnych chromosomach płci. Dlatego bronią się, żeby czasem nie zostać wzięte za te, co w ramach domniemanej walki o prawa kobiet będą wyważać otwarte drzwi. Bardzo smutne, kiedy kobieta nie wie, o co tak naprawdę chce się dla niej walczyć albo boi się przyznać, że to popiera.
Dziewczyny - kobieta, która chce zniwelować różnice traktowania ze względu na płeć, automatycznie staje się feministką. I wie jednocześnie, że wyrównanie kończy się na równości, nie zmierza do dyskryminacji mężczyzn w odwecie za lata ucisku.
Nie jestem feminazistką. Nie ważę 300 kilo i nie przesyłam do Sejmu projektu ustawy o wykrywaniu męskich zarodków i likwidowaniu ich w życiu płodowym. Porażką całego ruchu feministycznego jest to, że pozwolił, aby podobne stworzenia robiły mu bardzo głośny, smoliście czarny PR i zrażały społeczeństwo do tej normalniejszej części. Czy jestem feministką? Tak. Być może, że w obliczu takiej nienawiści do samej definicji feminizmu należałoby wymyślić nową, która nie obejmowałaby radykalnych jednostek. Nie wiem tylko, czy to możliwe - w końcu w szufladkach przeciętnego obywatela wciąż blondynki są głupie, wszyscy muzułmanie gwałcą kozy i mają bombę w kieszeni, a każdy ksiądz to łasy na pieniądze homoseksualista i pedofil. Feministki zaś...
Bardzo wierzę, że uda się osiągnąć kiedyś poziom, gdzie ani mężczyźni, ani kobiety nie będą dyskryminowane ze względu na płeć. I to jest chyba najbardziej racjonalny feminizm - po prostu nie palmy nikogo na stosie za to, co człowiek ma w majtkach.




Cudownie piszesz i bardzo miło mi się czytało. Uważam, że masz absolutną rację odnośnie zmiany pojęcia "feminizmu", zachowań mężczyzn i kobiet wobec siebie nawzajem. Jesteś cudowna i na pewno przeczytam więcej Twoich wpisów :)
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo <3
Usuńciekawy wpis
OdpowiedzUsuńhyggelifestyle.wordpress.com
Super tekst :) fajnie przedstawiłaś swoje zdanie i to jak zmieniły sie relacje i zachowania ludzi. Niektorzy mocno przesadzają w tych czasach.. buźka :)
OdpowiedzUsuńCaiawichowska ✨oddaje obserwacje✨
hej, piszesz naprawdę dobrze, wyjątkowo Twój styl przypadł mi do gustu. Cieszę się, że tu trafiłam ;) obserwuję. https://juliamickiewicz.blogspot.com/
OdpowiedzUsuń