sobota, 7 października 2017

Placek

 Podczas przeglądania szpargałów u babci w ostatni weekend września celem zdecydowania, co mi się nie przyda na studiach, a co nie przyda się jeszcze bardziej, natknęłam się na zeszyt. Dość stary, bo pamiętający czasy mojej podstawówki. I to takiej wczesnej, kiedy już przestawałam wierzyć w Mikołaja, ale wciąż jeszcze pisałam do niego listy. Zeszyt był raczej zwykły - z pastelową zebrą trzymającą jakiegoś badyla w pysku i kilkoma luźnymi kartkami. Tym, co zasługiwało na uwagę, była zawartość, a konkretniej pierwsza napisana przeze mnie książka.
 Książka, czaicie? Napisana od A do Z w 96-kartkowym zeszycie. Jakby to teraz wrzucić w Word, to wyszłoby pewnie z 30 stron tekstu o składni godnej dziesięciolatki (oh wait, przecież miałam wtedy dziesięć lat), ale to była książka z rozdziałami, z całkiem logiczną fabułą, ze zwrotami akcji i bitwami miedzy dobrem a złem. Moja mama, która raczej nie chwali za nazwisko, czytała to i nie mogła wyjść z podziwu, skąd takie słownictwo u tak młodego autora.
 Szkoda tylko, że na tym moja kariera się skończyła i w ciągu kilku lat stałam się szarym plackiem bez ambicji. I z samooceną leżącą niżej niż Rów Mariański.