środa, 5 października 2016

Ostatni głos


 Nie tak powinno się zaczynać blogi. Chociaż trudno mówić o zaczynaniu od podstaw, skoro Eklerki to zwykła kontynuacja - coś wyszło nie tak, jak chciałam, więc postanowiłam blogować od nowa, na nieco innych zasadach. [Tak naprawdę nowy rok akademicki, nowy blog, nowa ja; lodówka już zapchana sałatą]

 Nie tak powinno się w każdym razie zaczynać blogi, bo rzucanie się na temat, o którym od miesiąca pieje minimum połowa społeczeństwa, to poniekąd samobójstwo nie najlepsza decyzja, szczególnie, że ten wpis ma być pierwszym wpisem, a ja wypowiadam się chyba ostatnia - wszyscy, którzy mieli wyrazić swoją opinię na temat wieszaków, ustawy antyaborcyjnej, a następnie Czarnego Poniedziałku, już ją wyrazili. Nie byłabym jednak Chaosem we własnej osobie, gdybym nie zdecydowała się wtrącić swoich trzech groszy, prawda?

Grosz 1. - lato 2015

 Nie jestem zwolenniczką moczenia dupy w wodzie przez cały drogocenny urlop, więc jeśli gdzieś jadę, to po to, by wrócić mądrzejszą - w końcu może tubylcy wiedzą coś więcej niż ja, a dokształcać warto się zawsze (nawet, jeśli ma się cztery i pół miliarda lat i doktorat z życia). Rok temu w Rumunii nie było inaczej. Patrzyłam dużo, słuchałam jeszcze więcej. W dotychczasowym życiu istnienie postaci takich jak Elena i Nicolae Ceausescu jakoś mi umknęło. Jakiś reżim? O panie jeżu, u nas to był reżim, co tam jakaś Rumunia czy inna Albania! Drakońskie prawa? U nas to były drakońskie prawa! A Ceaucescu? No jasne, to nazwisko gdzieś się słyszało - jakiś kolega Stalina, Rumun, jego żona z wężykiem tytułów naukowych przed danymi osobowymi, ogólnie zbudowali w Bukareszcie jebitny pałac i nawsadzali do niego dywanów, żeby było pod co zamiatać, ale tak poza tym to raczej nic o nich nie wiadomo. A szkoda.
 Komunizm w wersji rumuńskiej był idealnym przykładem na to, że od życia i głosu obywateli ważniejsze jest... [tu wstaw dowolny rzeczownik]. W tym przypadku, jako że kraj był z założenia ateistyczny, najważniejsza okazała się nie religia czy nawet etyka, a statystyka. Pomysł wyprodukowania jak największej liczby Rumunów, którzy byliby ucieleśnieniem idei Wielkiej Rumunii, bardzo szybko został wprowadzony w życie. Jak? Prosto, przez całkowity zakaz aborcji (1948-1966), a następnie antykoncepcji. Jak powiedziała nam rumuńska przewodniczka, dostęp do antykoncepcji miały kobiety, które wydały na świat minimum czworo dzieci i tym samym wypełniły swój obowiązek wobec kraju. Jasne, niektórzy nie mieli z tym problemu; były matki dziesięciorga dzieci, dwanaściorga i więcej. Dostawały nawet specjalne odznaczenie od miłościwie panującego dyktatora. Brak dostępu do środków zapobiegających ciąży nie sprawił jednak, że natura wygrała z możliwością wyboru. Choć dużo stosunków kończyło się ciążą, nie każda ciąża kończyła się porodem. Kobiety stawały przed wyborem: więzienie czy jeszcze jedna gęba do wyżywienia, gdy rodzina i tak przymiera z głodu? Ciężkie roboty czy dziecko, którego nie chcę i nie mogę mieć; dziecko, które porzucę?
 Często wybierano życie matki, a tym samym całej rodziny. Podziemie aborcyjne kwitło. Kobiety nie widziały wieszaków, ostrych łodyg roślin, drutów, szydełek. Widziały narzędzia.
  Tym da się to zrobić, tym nie.
 Czasami więzienia za aborcję nie dałoby się uniknąć, ciąże były zbyt widoczne lub wykryte. Donos od nielubianej sąsiadki był kwestią czasu. Tysiące niechcianych dzieci zostały porzucone. Setki żyły na ulicach, w warunkach gorszych niż zwierzęta. Nie miały imion, były częścią statystyki. Nie miały matki ani ojca.
 Były dziećmi Caucescu.


Grosz 2. - kwiecień 2016

 Od kilku dni w telewizji nie mówią o niczym innym, jak o ustawie antyaborcyjnej. Ktoś się kłóci, ktoś rzuca mięsem w polityków, politycy krzyczą na feministki. Przeciwnicy i zwolennicy ustawy drą się jak stare gacie, a my zamieramy. My w szkołach, na ulicach, w biurach. Stanowimy około pięćdziesięciu procent społeczeństwa; więcej, jeśli wierzyć statystykom. Części ustawa się podoba. W liceum, które właśnie kończę, dziewczyny czują nóż na gardle. Część chłopaków też. Żadna z nas nie jest w ciąży, ale w grupie potencjalnego ryzyka jest już większość. Do tej pory nie zastanawialiśmy się, co będzie, jeśli zajdziemy w ciążę - czy to w wyniku wpadki, czy  planowanej od lat decyzji. Nie myśleliśmy o aborcji (ok, część myślała. Uznała ją po prostu za dodatkową formę antykoncepcji. No ludzie, od tego są tabletki po! Na każdym etapie trzeba trochę myśleć, niech was Zeus ma w opiece). Teraz dociera do nas, że możemy nie mieć wyboru, które życie ratować - swoje (lub swojej kobiety) czy dziecka, chcianego czy też nie.
 Prawdopodobnie któraś z nas zostanie kiedyś zgwałcona, inna urodzi chore dziecko. Nie wiemy, która. Nie wiemy, czy będziemy w stanie unieść taki ciężar, odpowiedzialność, wspomnienia.
 Trochę ściska nas w klatce piersiowej, bo po prostu się boimy, jak będzie wyglądać nasze przyszłe życie. Bardzo chcemy uwierzyć w to, co wpajał nam nauczyciel od wosu - jeden głos wydaje się nieważny, ale może zmienić wszystko. Za złotówkę kupisz niewiele, ale gdy naskładasz naprawdę dużo złotówek, będziesz mógł kupić wszystko.
 Umawiamy się. 90% żeńskiej populacji szkoły przynosi wieszak, kopertę i znaczek.
 Wieszak. Tym da się to zrobić.
 Adresujemy do pani premier.


Grosz 3. - październik 2016

 Po kilku miesiącach względnej ciszy afera z ustawą antyaborcyjną rozbrzmiewa na nowo. Akurat jestem na Bałkanach, gdy po raz pierwszy widzę nawoływanie do Czarnego Protestu. To trochę jak uderzenie obuchem w łeb - jestem w najpiękniejszym miejscu na Ziemi z moim Wężem, z którym planuję przyszłość. Poważnie planuję. I nagle czytam, że jeśli czegoś nie zrobię - ja i inne baby, zresztą faceci też - to właściwie chyba nie mam po co wracać do kraju, bo tam, cholera, średniowiecze, a w dybach zwisają smętnie prawa człowieka.
 Boję się jak diabeł święconej wody, serio. Ale tak przede wszystkim to jest mi źle. I wstyd. I smutno.  Czuję się zdezorientowana. I mam wkurw jak stąd do Księżyca. I mam poczucie upadku cywilizacji.
 Jest mi źle z tym, że - zgodnie z nową ustawą - jeśli zapragnę kiedyś mieć dziecko i będę na nie naprawdę czekać, a natura jednak uzna, że sorry, nie tym razem i mój organizm sam to dziecko (wtedy jeszcze zlepek komórek) odrzuci, będę przesłuchiwana, czy aby na pewno nie dokonałam aborcji. Oczywiście wiem, że będę wtedy w świetnym stanie psychicznym i dam sobie radę ze śledztwem, w czasie którego będę siedzieć po tej mniej fajnej stronie stołu. Zapewne po potencjalnym gwałcie również będę szczęśliwa, mogąc nosić w sobie przez dziewięć miesięcy pozostałość potwora, który zrujnował mi życie, psychikę i ciało. Pozostaje mieć nadzieję, że jeśli wydrapię sobie oczy, mózg i wszystkie części ciała, których on dotykał, a potem rzucę się z mostu, to nie będą martwej mnie targać po komisariatach.
 Martwi mnie też to, co powiem swojemu mężczyźnie, gdy lekarz stwierdzi, że nasze dziecko będzie nieuleczalnie chore lub że umrę, próbując donosić ciążę. Martwi mnie, że będę musiała zrobić ładny album i napisać do swojego ukochanego i rodziców (a może także już urodzonych dzieci) długi list, w którym zawrę wszystko, co mogłabym chcieć im powiedzieć w dalszych latach życia, żeby nie mieli poczucia, że zostawiam ich bez pożegnania. Nie cieszy mnie także to, że będę musiała wybrać dwie trumny - jedną dla siebie, drugą dla dziecka, o ile ktoś zgodzi się je pochować, bo jaki pogrzeb? Przecież to tylko płód. Martwi mnie, że powiem: "Kochanie, miało być nas troje, ale niestety natura coś poplątała, a my nic nie możemy temu zaradzić. W ciągu kilku najbliższych miesięcy zostaniesz sam. Przepraszam". Niepokoi mnie też to, że ludzie uważają, że ich to nie dotyczy. To, że jesteś już stara i nic nie urodzisz lub to, że masz 13 lat, nie znaczy, że problemu nie ma. Podobnie, jeśli nie masz macicy, tylko jakieś dziwne dyndadełko z przodu. Wszyscy mamy matki, żony, córki, wnuczki, kuzynki, ciotki, szwagierki, przyjaciółki, koleżanki, sąsiadki. W pewnym momencie ten problem cię dotknie, więc dlaczego teraz udajesz, że on nie istnieje?
 Wstyd mi, że żyję w społeczeństwie ignorantów. Takich ignorantów, których niewiedza/głupota (niepotrzebne skreślić) bije po oczach, zwala z nóg i aż boli. Mam ochotę wyrzucić laptop przez okno i zaraz skoczyć za nim, gdy czytam, że blastula czuje i ma rączki, które można wyrwać, a miesiączka to krwawe łzy macicy stęsknionej za macierzyństwem. Borze szumiący, na jakim poziomie jest nasza edukacja, skoro obywatele tworzą takie teorie? Każdy, kto był w gimnazjum lub szkole średniej i programowo przerabiał fazy rozwoju człowieka wie, że układ nerwowy zaczyna działać dopiero w trzecim miesiącu ciąży. Wcześniej - nie. Jak nie ma układu nerwowego, zarodek (nawet jeszcze nie płód) nie odczuwa bólu, bo nie ma go czym odczuwać. Jak nie masz nóg, to nie złamiesz sobie palca u stopy, bo nie masz jak. To działa na tej samej zasadzie. Tyle w kwestii bólu aborcyjnego, jeśli aborcja dokonywana jest odpowiednio wcześnie, w dodatku często farmakologicznie (czyli lekami, nie wielkimi szczypcami pożyczonymi od kowala). A uwierzcie, stara się jej dokonywać odpowiednio wcześnie.
 Wstyd mi,  że ludzie nie opierają swojej opinii na zbadanych i naukowo potwierdzonych faktach, a na gadaniu popieprzonych, nadętych oszołomów w garniturach. Wstyd mi za stan wiedzy tych wszystkich, którzy myślą, że kobiety (te cholerne feministki!) chcą legalnej w 100% aborcji, żeby wyskrobywać każdą ciążę, bo szkoda kasy na gumki czy hormony, a także za tych wszystkich, którzy pozostawienie kompromisu, jaki do tej pory obowiązywał, uważają za powszechny nakaz aborcji. Bądź za pewność, że kobiety tłumie ruszą do szpitali, by abortować, co się da, bo to modne, nowoczesne i z pewnością nie zostawia śladów w psychice kobiety. Fuck, aborcja lepsza niż spa.
 Wstyd mi, że żyję w społeczeństwie hipokrytów, którzy chronią każde dziecko nienarodzone, ale nie interesują się patologią w domach dziecka. Tych, którzy krzyczą jak jesteś za aborcją, to podejdź do człowieka-roślinki i powiedz mu, że nie ma prawa żyć!, ale brzydzą się usiąść obok osoby z zespołem Downa. Hipokrytów, którzy w telewizji krzyczą o ochronie życia poczętego, ale jeśli ich córka lub wnuczka zajdzie w ciążę na imprezie albo nie z tym facetem, co trzeba, natychmiast wywiozą ją do wcale nie najtańszej kliniki w Niemczech, by chirurgicznie pozbyła się problemu. Bo co by ludzie powiedzieli. Bo to by zagroziło karierze. Bo jak to, synu, będziesz ojcem? Ta dziewucha się puszcza na prawo i lewo, a od ciebie chce na dzieciaka wyciągnąć pieniądze! Zapłacimy jej, niech usunie i zniknie z naszego życia!
 Wstyd mi, że tak wielu ludzi decydowałoby za macice, ciała, życia, warunki bytowe innych osób, gdy z własnych nie potrafi zrobić dobrego użytku.
 Jest mi smutno, że moje życie nie jest tak ważne, jak istnienie kilku komórek. Przykro mi, że podczas gdy krzyczy się, by nazywać człowiekiem coś, co jeszcze nim fizycznie nie jest, mnie odbiera się to człowieczeństwo i sprowadza się do roli bezwolnej maszyny, chodzącego inkubatora.
 Czuję się zdezorientowana, bo nie wiem, jak będzie wyglądać jutro. Moje jutro, jutro moich przyjaciółek, mamy, ciotek, siostry, kuzynek, znajomych. Nie wiem, w jakim kraju wstanę tego dnia, gdy ustawa wejdzie w życie. Boję się o życie swoje i dziecka, którego narodzin będę kiedyś zapewne bardzo wyczekiwać. Boję się, że w obawie przez wymiarem sprawiedliwości odmówi nam się wykonania badań prenatalnych i nie będzie można zapobiec ewentualnej chorobie lub śmierci mojej lub jego.
 Jednocześnie jestem strasznie wku...rzona, że o moim życiu i moim ciele decydują ludzie, których fizycznie nie będzie nigdy dotyczyć macierzyństwo. Na życzenie nakarmionych przy sejmowym korytku spaślaków i nawiedzonych, molestujących ministrantów księży mam zostać więźniem własnego ciała. I o ile naprawdę nie mam nic do tych normalnych polityków i normalnych księży, którzy ogarniają całą istotę problemu, o tyle bardzo proszę wszystkich, którzy zdecydowanie częściej i chętniej wypowiadają się o wytworach moich pęcherzyków Graafa planowo połączonych z plemnikami mojego faceta - stay away od mojego ciała i prawa do decydowaniu o nim, szczególnie w sytuacji zagrożenia. Ja wam nie wsadzam łapy do majtek i nie każę was wszystkich obrzezać, więc proszę sobie nie wycierać gęby moim jajnikiem. Nie macie prawa decydować o tym, że mam nosić dziecko swego oprawcy ani czekać dziewięć miesięcy na dziecko z mózgiem na wierzchu, które umrze w męczarniach po godzinie od urodzenia. Nie macie prawa sądzić mnie - dorosłej osoby - za ochronę swojego zagrożonego życia kosztem życia zarodka bez głowy, serca, mózgu, świadomości.
 I tak, mam poczucie upadku cywilizacji. Cofamy się do średniowiecza albo i dalej, bo mamy środki i metody, by leczyć choroby do tej pory nieuleczalne, a nie potrafimy zwalczyć własnej głupoty, przekonania o wyższości własnej dupy nad dupami innych (i to wyższości pozwalającej nam decydować o tych ich dupach) i niebotycznej wręcz ignorancji. Niesamowite, jak łatwo przychodzi nam wpieprzanie się w życie innych, choć nikt o to nie prosi. Cofamy się do średniowiecza, myśląc, że ustawa faktycznie ograniczy liczbę aborcji - ona się utrzyma lub wzrośnie. Wyjedziemy z kraju i nie wiadomo, czy kiedykolwiek wrócimy. Jeśli zostaniemy, dokonamy jej wieszakami, prętami, szydełkiem.
 Tym da się to zrobić, tym nie.
 Wykrwawimy się w piwnicy u kogoś, kto zaryzykuje i nam pomoże. Osierocimy dzieci, zostawimy mężów. Jeśli wy skażecie nas na śmierć, a będzie istniał cień szansy, że ktoś może ocalić nam życie, pójdziemy do niego. Może nas zabije, ale wy zabijecie nas na pewno.
 Zdaje się, że stoimy na skraju totalitaryzmu, skoro rząd chce kontrolować coraz delikatniejsze dziedziny życia obywateli. Czekam na zakaz antykoncepcji, bo to także kwestia czasu. Cóż za bolesna ironia losu, gdy uciekając przed jedną monowładzą sami wybieramy drugą.

 Ja - Chaos - i tysiące polskich kobiet, które w ten poniedziałek wyszły na ulice, nie chcemy aborcji na żądanie, tylko prawa do niej, gdy będzie konieczna. Chcemy tego, czego ponoć chrześcijański Bóg, na którego się powołujecie, odmówił swoim aniołom, a czego ustawa odmawia teraz nam - wolnej woli.
 Chcemy po prostu prawa wyboru.
#CzarnyPoniedziałek #popieramdziewuchy

Źródło Czarnej Madonny z podpisem: Sztuczne Fiołki. Tym, którzy nakrzyczą na mnie za wykorzystywanie symboli religijnych w dyskusji antyaborcyjnej chętnie wyjaśnię, dlaczego to robię, najlepiej w osobnym wpisie.

1 komentarz:

  1. Zgadzam się w stu procentach, kocham ten blog jesteś niesamowita. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń